Hans Christian Andersen, Stary nagrobek
W małym prowincjonalnym
miasteczku u pewnego człowieka, który posiadał swój własny dom z ogródkiem,
zebrała się jednego wieczoru cała rodzina; było to o tej porze, kiedy się mówi:
„Wieczory zaczynają być dłuższe”; powietrze jeszcze ciepłe, łagodne. Lampa się
paliła, firanki przykrywały okna, na których stały doniczki z kwiatami, a na
dworze cudownie świecił księżyc; ale nie o tym rozmawiano; rozmowa toczyła się
o starym, wielkim kamieniu, który leżał w podwórku tuż koło kuchennych drzwi,
tam gdzie służba wystawiała wyszorowane, miedziane naczynia, aby wyschły na
słońcu, i tam, gdzie tak chętnie bawiły się dzieci. Był to właściwe stary
nagrobek.
- Tak, tak – powiedział pan domu – myślę, że ten kamień pochodzi ze
starego zburzonego kościoła klasztornego, sprzedano stamtąd kazalnicę, płyty z
napisami i nagrobki! Mój nieboszczyk ojciec wiele tego nakupił, nagrobki
rozbito do robienia bruków, ale ten kamień został i od tego czasu leży na
podwórzu.
- Od razu widać, że to jest nagrobek – powiedziało najstarsze z dzieci,
– znać na nim jeszcze rysunek klepsydry i fragment postaci anioła, ale napis
jest prawie zupełnie zatarty, można odczytać tylko imię „Preben” i dalej duże
„S”, a trochę niżej stoi słowo „Marta”, ale już więcej nic, a i to także widać
tylko po deszczu lub kiedy umyjemy kamień.
- Miły Boże, to jest przecież nagrobek Prebena Svane i jego żony –
rzekł staruszek, który ze względu na swój wiek mógłby być śmiało dziadkiem
wszystkich znajdujących się w pokoju. – Tak, ci ludzie to byli jedni z
ostatnich zmarłych, jakich pochowano na starym cmentarzu. Było to stare, szanowane małżeństwo z moich
chłopięcych czasów; wszyscy ich znali i
wszyscy ich lubili; ze względu na swój wiek królowali
tutaj w miasteczku; ludzie mówili,
że posiadają więcej niż beczkę złota, a pomimo to chodzili bardzo skromnie odziani,
w najprostsze ubrania, ale ich bielizna była zawsze olśniewająco biała. Była to
piękna para staruszków – Preben i Marta. Kiedy siedzieli na ławce, wysoko na
kamiennych schodkach ich domu, nad którym zwieszała swoje gałęzie stara lipa, i
tak mile i przyjaźnie pozdrawiali przechodniów, wszystkim robiło się
przyjemnie. Byli niezwykle dobrzy dla
biednych, karmili ich, ubierali i w całej ich dobroczynności było wiele
rozsądku i prawdziwego chrześcijaństwa. Żona umarła pierwsza. Jak dobrze
pamiętam ten dzień; byłem małym chłopcem i poszedłem razem z moim ojcem do domu
starego Prebena zaraz potem, gdy usnęła na zawsze; staruszek był strasznie
wzruszony i płakał jak dziecko. Ciało leżało jeszcze w sypialni, tuż obok tego
miejsca, gdzie myśmy siedzieli, staruszek mówił do mego ojca i do paru sąsiadów
o tym, jak samotnie będzie teraz u niego, jakim ona była dla niego
błogosławieństwem, ile lat razem przeżyli i jak się to stało, że się poznali i
pokochali; jak to już mówiłem, byłem wtedy małym chłopcem, stałem i
przysłuchiwałem się, ale doświadczyłem dziwnego uczucia, kiedy tak słuchałem i
patrzyłem na tego starego człowieka, widząc, jak się coraz bardziej ożywiał i
rumienił, opowiadając o czasach swego narzeczeństwa, o tym, jaka ona była
czarująca, jakich drobnych, niewinnych wybiegów używał, żeby się z nią spotkać,
opowiadał też o dniu ślubu, oczy mu błyszczała, jakby powracał w tamte radosne
czasy, a obok w pokoju leżała ona, martwa, stara kobieta, a on też był już
stary i mówił o czasach pełnych nadziei… tak, tak, tak to bywa. Wtedy byłem
dzieckiem, a teraz jestem stary, stary jak Preben Svane. Czas mija i wszystko
zmienia!
Przypominam sobie doskonale dzień jej pogrzebu. Stary Preben szedł tuż
za trumną. Parę lat przedtem małżeństwo kazało sobie zrobić pomnik z napisem, z
imionami, tylko bez daty śmierci; wieczorem zawieziono kamień na cmentarz i
położono na grobie – a po roku znowu podniesiono kamień i położono starego
Prebena obok małżonki. Nie zostawili bogactw, jakie im ludzie przypisywali; to,
co zostało, zabrali krewni z daleka, tacy, o których przedtem nikt nie słyszał.
Stary, murowany dom z ławką na wysokich, kamiennych schodach pod lipą został
zburzony na rozkaz magistratu, gdyż był tak zaniedbany, że groził zawaleniem.
Później, kiedy tak samo zburzono kościół klasztorny i kiedy zniesiono cmentarz
przy klasztorze, nagrobek Prebena i Marty sprzedano temu, który pragnął go
kupić, i przypadek chciał, że nie został rozbity na kawałki i zużyty, ale że
leży na podwórzu jako miejsce zabawy dla dzieci i półka, na której dziewczęta
stawiają wyszorowane naczynia kuchenne. Wybrukowana ulica prowadzi przez
miejsce wiecznego spoczynku starego Prebena i jego żony i nikt już o nich nie
pamięta.
Staruszek, który to wszystko opowiedział, potrząsnął boleśnie głową:
- Zapomnienie! – powiedział. – Wszystko tonie w zapomnieniu!
Potem już rozmawiano w pokoju o innych rzeczach, ale najmłodsze dziecko, chłopiec o dużych,
poważnych oczach wdrapał się po krześle za firanki i spojrzał na podwórze,
gdzie księżyc jasno oświetlał wielki kamień, który dotychczas wydawał mu się
płaski i pusty, a teraz leżał jak wielka karta książki z bajkami! Wszystko, co
chłopczyk usłyszał o Prebenia i o jego żonie, zawierało się w kamieniu,
chłopiec przyglądał mu się długo, a potem podniósł wzrok w górę na jasny
księżyc, który w czystym powietrzu świecił jak
oblicze Boga na ziemią.
- Zapomnienie. Wszystko tonie w zapomnieniu! – zabrzmiało w głębi pokoju i
w tej samej chwili niewidzialny anioł pocałował chłopca w pierś i w czoło,
szepcząc cichutko:
- Zachowaj ofiarowane ci
ziarenko, aż dopóki nie dojrzeje. Przez ciebie, dziecko, zatarty napis,
zniszczony nagrobek zabłyśnie dla przyszłych pokoleń jasnymi, złotymi znakami.
Staruszkowie będą znowu chodzili pod rękę przez stare ulice miasteczka i
uśmiechnięci, zarumienienie, będą siedzieli na ławce, na kamiennych schodach
pod lipą i pozdrawiali ubogich i bogatych. Ziarno
tej chwili po latach wyrośnie i zakwitnie poezją. Dobro i piękno nigdy nie
tonie w zapomnieniu, ale żyje w poezji i w pieśni.
Hans Christian Andersen, Stary nagrobek (pierwszy etap refleksji)
W (---) u pewnego człowieka,
który posiadał swój własny dom z ogródkiem, zebrała się jednego wieczoru cała
rodzina; było to o tej porze, kiedy się mówi: „Wieczory zaczynają być dłuższe”;
powietrze jeszcze ciepłe, łagodne. Lampa się paliła, firanki przykrywały okna,
na których stały doniczki z kwiatami, a na dworze cudownie świecił księżyc; ale
nie o tym rozmawiano; rozmowa toczyła się o starym, wielkim kamieniu, który
leżał w podwórku tuż koło kuchennych drzwi, tam gdzie służba wystawiała
wyszorowane, miedziane naczynia, aby wyschły na słońcu, i tam, gdzie tak
chętnie bawiły się dzieci. Był to właściwe stary nagrobek.
- Tak, tak – powiedział pan domu – myślę, że ten kamień pochodzi ze
starego zburzonego kościoła klasztornego, sprzedano stamtąd kazalnicę, płyty z
napisami i nagrobki! Mój nieboszczyk ojciec wiele tego nakupił, nagrobki
rozbito do robienia bruków, ale ten kamień został i od tego czasu leży na
podwórzu.
- Od razu widać, że to jest nagrobek – powiedziało najstarsze z dzieci,
– znać na nim jeszcze rysunek klepsydry i fragment postaci anioła, ale napis
jest prawie zupełnie zatarty, można odczytać tylko imię „Preben” i dalej duże
„S”, a trochę niżej stoi słowo „Marta”, ale już więcej nic, a i to także widać
tylko po deszczu lub kiedy umyjemy kamień.
- Miły Boże, to jest przecież nagrobek Prebena Svane i jego żony –
rzekł staruszek, który ze względu na swój wiek mógłby być śmiało dziadkiem
wszystkich znajdujących się w pokoju. – Tak, ci ludzie to byli jedni z
ostatnich zmarłych, jakich pochowano na starym cmentarzu. Było to stare, (---) małżeństwo z moich chłopięcych
czasów; (---) mówili, że posiadają
więcej niż beczkę złota, a pomimo to chodzili bardzo skromnie odziani, w
najprostsze ubrania, ale ich bielizna była zawsze olśniewająco biała. Była to
piękna para staruszków – Preben i Marta. Kiedy siedzieli na ławce, wysoko na
kamiennych schodkach ich domu, nad którym zwieszała swoje gałęzie stara lipa, i
tak mile i przyjaźnie pozdrawiali przechodniów, wszystkim robiło się
przyjemnie. Byli niezwykle dobrzy (---).
Żona umarła pierwsza. Jak dobrze pamiętam ten dzień; byłem małym chłopcem i
poszedłem razem z moim ojcem do domu starego Prebena zaraz potem, gdy usnęła na
zawsze; staruszek był strasznie wzruszony i płakał jak dziecko. Ciało leżało
jeszcze w sypialni, tuż obok tego miejsca, gdzie myśmy siedzieli, staruszek
mówił do mego ojca i do paru sąsiadów o tym, jak samotnie będzie teraz u niego,
jakim ona była dla niego błogosławieństwem, ile lat razem przeżyli i jak się to
stało, że się poznali i pokochali; jak to już mówiłem, byłem wtedy małym
chłopcem, stałem i przysłuchiwałem się, ale doświadczyłem dziwnego uczucia,
kiedy tak słuchałem i patrzyłem na tego starego człowieka, widząc, jak się
coraz bardziej ożywiał i rumienił, opowiadając o czasach swego narzeczeństwa, o
tym, jaka ona była czarująca, jakich drobnych, niewinnych wybiegów używał, żeby
się z nią spotkać, opowiadał też o dniu ślubu, oczy mu błyszczała, jakby
powracał w tamte radosne czasy, a obok w pokoju leżała ona, martwa, stara
kobieta, a on też był już stary i mówił o czasach pełnych nadziei… tak, tak,
tak to bywa. Wtedy byłem dzieckiem, a teraz jestem stary, stary jak Preben
Svane. Czas mija i wszystko zmienia!
Przypominam sobie doskonale dzień jej pogrzebu. Stary Preben szedł tuż
za trumną. Parę lat przedtem małżeństwo kazało sobie zrobić pomnik z napisem, z
imionami, tylko bez daty śmierci; wieczorem zawieziono kamień na cmentarz i
położono na grobie – a po roku znowu podniesiono kamień i położono starego
Prebena obok małżonki. Nie zostawili bogactw, jakie im ludzie przypisywali; to,
co zostało, zabrali krewni z daleka, tacy, o których przedtem nikt nie słyszał.
Stary, murowany dom z ławką na wysokich, kamiennych schodach pod lipą został
zburzony na rozkaz magistratu, gdyż był tak zaniedbany, że groził zawaleniem.
Później, kiedy tak samo zburzono kościół klasztorny i kiedy zniesiono cmentarz
przy klasztorze, nagrobek Prebena i Marty sprzedano temu, który pragnął go
kupić, i przypadek chciał, że nie został rozbity na kawałki i zużyty, ale że
leży na podwórzu jako miejsce zabawy dla dzieci i półka, na której dziewczęta
stawiają wyszorowane naczynia kuchenne. Wybrukowana ulica prowadzi przez
miejsce wiecznego spoczynku starego Prebena i jego żony i nikt już o nich nie
pamięta.
Staruszek, który to wszystko opowiedział, potrząsnął boleśnie głową:
- Zapomnienie! – powiedział. – Wszystko tonie w zapomnieniu!
Potem już rozmawiano w pokoju o innych rzeczach, ale (---) dziecko, chłopiec o dużych,
poważnych oczach wdrapał się po krześle za firanki i spojrzał na podwórze,
gdzie księżyc jasno oświetlał wielki kamień, który dotychczas wydawał mu się
płaski i pusty, a teraz leżał jak wielka karta książki z bajkami! Wszystko, co
chłopczyk usłyszał o Prebenia i o jego żonie, zawierało się w kamieniu,
chłopiec przyglądał mu się długo, a potem podniósł wzrok w górę na jasny
księżyc, który w czystym powietrzu świecił (…).
- Zapomnienie. Wszystko tonie w zapomnieniu! (---):
- (---). Staruszkowie będą
znowu chodzili pod rękę przez stare ulice miasteczka i uśmiechnięci, zarumienienie,
będą siedzieli na ławce, na kamiennych schodach pod lipą i pozdrawiali ubogich
i bogatych. (---).
Hans Christian Andersen, Stary nagrobek (refleksja ostateczna)
W pewnym mieście u pewnego
człowieka, który posiadał swój własny dom z ogródkiem, zebrała się jednego
wieczoru cała rodzina; było to o tej porze, kiedy się mówi: „Wieczory zaczynają
być dłuższe”; powietrze jeszcze ciepłe, łagodne. Lampa się paliła, firanki
przykrywały okna, na których stały doniczki z kwiatami, a na dworze cudownie świecił
księżyc; ale nie o tym rozmawiano; rozmowa toczyła się o starym, wielkim
kamieniu, który leżał w podwórku tuż koło kuchennych drzwi, tam gdzie służba
wystawiała wyszorowane, miedziane naczynia, aby wyschły na słońcu, i tam, gdzie
tak chętnie bawiły się dzieci. Był to właściwe stary nagrobek.
- Tak, tak – powiedział pan domu – myślę, że ten kamień pochodzi ze
starego zburzonego kościoła klasztornego, sprzedano stamtąd kazalnicę, płyty z
napisami i nagrobki! Mój nieboszczyk ojciec wiele tego nakupił, nagrobki
rozbito do robienia bruków, ale ten kamień został i od tego czasu leży na
podwórzu.
- Od razu widać, że to jest nagrobek – powiedziało najstarsze z dzieci,
– znać na nim jeszcze rysunek klepsydry i fragment postaci anioła, ale napis
jest prawie zupełnie zatarty, można odczytać tylko imię „Preben” i dalej duże
„S”, a trochę niżej stoi słowo „Marta”, ale już więcej nic, a i to także widać
tylko po deszczu lub kiedy umyjemy kamień.
- Miły Boże, to jest przecież nagrobek Prebena Svane i jego żony –
rzekł staruszek, który ze względu na swój wiek mógłby być śmiało dziadkiem
wszystkich znajdujących się w pokoju. – Tak, ci ludzie to byli jedni z
ostatnich zmarłych, jakich pochowano na starym cmentarzu. Było to stare,
małżeństwo z moich chłopięcych czasów; ci,
co ich znali, bardzo ich lubili; zawistni mówili, że posiadają więcej niż
beczkę złota, a pomimo to chodzili bardzo skromnie odziani, w najprostsze
ubrania, ale ich bielizna była zawsze olśniewająco biała. Była to piękna para
staruszków – Preben i Marta. Kiedy siedzieli na ławce, wysoko na kamiennych
schodkach ich domu, nad którym zwieszała swoje gałęzie stara lipa, i tak mile i
przyjaźnie pozdrawiali przechodniów, wszystkim robiło się przyjemnie. Byli
niezwykle dobrzy. Stary Preben miał
zwyczaj częstowania przechodniów wodą ze studni. Sięgał wówczas po chochlę,
która leżała zawsze na kamiennej cembrowinie, i z niej z uroczystym uśmiechem
nalewał tym, którzy mieli na to ochotę. Żona umarła pierwsza. Jak dobrze
pamiętam ten dzień; byłem małym chłopcem i poszedłem razem z moim ojcem do domu
starego Prebena zaraz potem, gdy usnęła na zawsze; staruszek był strasznie
wzruszony i płakał jak dziecko. Ciało leżało jeszcze w sypialni, tuż obok tego
miejsca, gdzie myśmy siedzieli, staruszek mówił do mego ojca i do paru sąsiadów
o tym, jak samotnie będzie teraz u niego, jakim ona była dla niego
błogosławieństwem, ile lat razem przeżyli i jak się to stało, że się poznali i
pokochali; jak to już mówiłem, byłem wtedy małym chłopcem, stałem i
przysłuchiwałem się, ale doświadczyłem dziwnego uczucia, kiedy tak słuchałem i
patrzyłem na tego starego człowieka, widząc, jak się coraz bardziej ożywiał i
rumienił, opowiadając o czasach swego narzeczeństwa, o tym, jaka ona była
czarująca, jakich drobnych, niewinnych wybiegów używał, żeby się z nią spotkać,
opowiadał też o dniu ślubu, oczy mu błyszczała, jakby powracał w tamte radosne
czasy, a obok w pokoju leżała ona, martwa, stara kobieta, a on też był już
stary i mówił o czasach pełnych nadziei… tak, tak, tak to bywa. Wtedy byłem dzieckiem,
a teraz jestem stary, stary jak Preben Svane. Czas mija i wszystko zmienia!
Przypominam sobie doskonale dzień jej pogrzebu. Stary Preben szedł tuż
za trumną. Parę lat przedtem małżeństwo kazało sobie zrobić pomnik z napisem, z
imionami, tylko bez daty śmierci; wieczorem zawieziono kamień na cmentarz i
położono na grobie – a po roku znowu podniesiono kamień i położono starego
Prebena obok małżonki. Nie zostawili bogactw, jakie im ludzie przypisywali; to,
co zostało, zabrali krewni z daleka, tacy, o których przedtem nikt nie słyszał.
Stary, murowany dom z ławką na wysokich, kamiennych schodach pod lipą został
zburzony na rozkaz magistratu, gdyż był tak zaniedbany, że groził zawaleniem.
Później, kiedy tak samo zburzono kościół klasztorny i kiedy zniesiono cmentarz
przy klasztorze, nagrobek Prebena i Marty sprzedano temu, który pragnął go
kupić, i przypadek chciał, że nie został rozbity na kawałki i zużyty, ale że
leży na podwórzu jako miejsce zabawy dla dzieci i półka, na której dziewczęta
stawiają wyszorowane naczynia kuchenne. Wybrukowana ulica prowadzi przez
miejsce wiecznego spoczynku starego Prebena i jego żony i nikt już o nich nie
pamięta.
Staruszek, który to wszystko opowiedział, potrząsnął boleśnie głową:
- Zapomnienie! – powiedział. – Wszystko tonie w zapomnieniu!
Potem już rozmawiano w pokoju o innych rzeczach, ale siedzące na uboczu dziecko, chłopiec o
dużych, poważnych oczach wdrapał się po krześle za firanki i spojrzał na
podwórze, gdzie księżyc jasno oświetlał wielki kamień, który dotychczas wydawał
mu się płaski i pusty, a teraz leżał jak wielka karta książki z bajkami!
Wszystko, co chłopczyk usłyszał o Prebenia i o jego żonie, zawierało się w
kamieniu, chłopiec przyglądał mu się długo, a potem podniósł wzrok w górę na
jasny księżyc, który świecił w czystym
powietrzu.
- Zapomnienie. Wszystko tonie w zapomnieniu! – szepnął cichutko. – A jednak w jednym z niepozornych domów, których
tak wiele jest w ubogiej dzielnicy naszego miasta, spotkałem Prebena i Martę.
Częstował mnie wodą ze studni, a obok niego siedziała stara kobieta. Ziarenko,
jakie zachował w swej pamięci staruszek opowiadający historię małżeństwa Svane,
dojrzało, wyrosło i zakwitło. Staruszkowie znowu chodzą pod rękę przez stare
ulice miasteczka i uśmiechnięci, zarumienieni siedzą na ławce, na kamiennych
schodach pod lipą, pozdrawiając i częstując wodą ze studni biednych i bogatych.
Dobro i piękno nigdy nie tonie w zapomnieniu, ale żyje wiecznie, powtarzając
swój byt niezauważenie dla innych. Bogatych, sławnych, w ogóle ludzi wyjątkowych,
których da się wyodrębnić z tłumu, nie mogłoby to spotkać. Taki cud nie mógłby
przejść niezauważenie. Tacy żyją tylko raz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz