Niepomiernie
mnie drażni, gdy tylko daje znać, że żyje. Nie znoszę hałasu, a jego
uporczywość w gryzieniu krat jest wprost nie do wytrzymania. Podrywam się i
podbiegam do klatki, robię zamach i z nieudawaną agresją wymierzam
wyimaginowany cios. Z reguły odskakuje. Już jednak po chwili powraca do gryzienia
krat, może nawet z jeszcze większą werwą niż na początku. Jakby był kompletnym
durniem. Zadaję sobie wówczas pytanie, czy naprawdę nic nie rozumie? Czy nic do
niego nie dociera? Ma co żreć, więc o co mu jeszcze chodzi? Następnym razem
reaguję więc zdecydowanie bardziej agresywnie. Uchylam jego olbrzymią klatkę od
góry i gwałtownymi ruchami ręki, próbuję go przestraszyć. Nie przestaję przy
tym mu wymyślać. Z reguły sypią się durnie czy ciule, a nawet sukinkoty i
skurwiele. Czasami i na tym nie mogę poprzestać, żeby osiągnąć upragniony
spokój i ciszę. Od czasu do czasu muszę mu trzepnąć dłonią po uszach. To z
reguły definitywnie załatwia sprawę.
Więcej się nie odważa dopominać o swoje prawa. Ale to nie jest najgorsza rzecz,
jaka może go spotkać. Teraz, gdy dowiedzieliśmy się, że syn ma astmę i że
królik może być powodem nawracającego zapalenia oskrzeli, nie będzie już taryfy
ulgowej. Trzeba się go pozbyć. Na razie wypróbowaliśmy subtelnych metod, w
stylu oddanie do schroniska (nie ma takiej możliwości, w naszych okolicach jest
tylko schronisko dla psów), oddanie do sklepu zoologicznego (nie chcą przyjąć)
czy nawet uśpienie (żaden weterynarz nie uśpi zdrowego zwierzaka),
skontaktowaliśmy się nawet z pewną kobietą, która potrzebowała samca do rozrodu. Przyszła, ale okazało się, że
nasz Tygrys (to córka wymyśliła mu to imię) jest samiczką. Kobieta odeszła z
kwitkiem. Zrobiło mi się go zresztą żal. Przez krótką tylko chwilę, ale jednak.
Nie pozwolił się wziąć na ręce, wyrywał się, biegał jak oszalały. Nie wiem, co
sobie pomyślały o nas ta kobieta, w każdym bądź razie ja wyraźnie widziałem, że
królik nie jest u nas szczęśliwy. Owszem, kiedyś wychodził, biegał,
przychodził, by go pogłaskać, ale wtedy jeszcze był wzorowym królikiem. Nie
hałasował po nocach, nie robił kup po całym pokoju, a później potrafił wysikać
się na kanapie, pogryźć kable myszki od komputera (musiałem kupić nową, i to
cztery razy!). Przestaliśmy go więc wypuszczać. Dzieci też szybko się nim
znudziły. Syna rozczarował fakt, że Tygrys nie chce przyjść do niego na ręce. I
tak już zostało. On w klatce, czasami z mizerną ilością pokarmu, choć z reguły
żona dbała, by miał wszystko, co mu potrzebne do życia. No i te nocne
hałasy. Zwłaszcza w nocy z poniedziałku
na wtorek. Po weekendzie, przyzwyczajony do naszej obecności, przesypiał
widocznie poniedziałek i w nocy zaczynał dokazywać. Wynieśliśmy go do karceru,
tzn. do łazienki. Oczywiście razem z klatką. Ale to zrobiło swoje. Od tamtej
pory nawet nie gryzie krat. Nie znaczy to, że jego życie ustabilizowało się.
Ponieważ nie udało nam się go nikomu oddać, najprawdopodobniej spotka go
gwałtowna śmierć. Owszem zarzekałem się, że jestem w stanie złamać mu kark i
nie czuć żadnych wyrzutów sumienia, ale to było tylko takie gadanie w afekcie.
Gdy doprowadzał mnie do szału. Teraz mam nawet obiekcje, by wypuścić go gdzieś
poza domem, a niech idzie w cholerę, niech zeżrą go jastrzębie czy nawet psy.
Ociągamy się. Poza tym parę dni temu miałem dziwne przywidzenie. Trudno to
określić precyzyjnym terminem. Nie mogę tego nazwać wrażeniem, bo nie było to
wrażenie, ja naprawdę poczułem się jak królik. Czułem i myślałem jak on, to
znaczy tak, jakbym myślał ja – człowiek – gdybym był na jego miejscu, a nie
umiałbym mówić. Odczułem to jako najgorszy rodzaj piekła – takie chyba nie
przyszło do głowy nawet Kafce, mimo tylu opowiadań o robalach, kretach i psach.
Na ułamek sekundy doznałem uczucia, że to ja jestem królikiem zamkniętym w
klatce i że to jest moje piekło, moja reinkarnacja upadku duchowego, jak w
indyjskich wierzeniach w metempsychozę, przy czym najdziwniejsze było to, że ze
swej klatki widziałem samego siebie. Widziałem moje ściągnięte gniewem brwi,
słuchałem moich wulgarnych wybuchów, czułem uderzenia moich rąk, domyślałem
się, że skończę w rowie. Próbowałem dać znać, że to ja, że jestem człowiekiem,
żebym nie robił sobie krzywdy (jakże głupio i niezręcznie to brzmi, a przy tym
jakże przerażająco!), że potrzebna mi miłość, akceptacja i zrozumienie – jak
każdemu – na darmo, w zamian za to musiałem oglądać wykrzywioną nienawiścią
twarz, słuchać obelżywych bluzgów i cierpieć brutalne razy. Rzeczywiście –
piekło. I żadnych szans na porozumienie, na przekazanie informacji, że
powinienem zmienić swoje życie.
Bezruch pełen
obojętności.
Pragnę
głębokiej ciszy, by móc rozmyślać.
Usta
zaciśnięte z wysiłku – chęć przemocy i opanowywania się.
*
Z początku
myślałem, że istoty, o jakich pisał w swoim opowiadaniu Cortazar, zostały przez
niego wymyślone. Sprawdziłem jednak w Wikipedii. Co najśmieszniejsze,
przeczytałem w niej słowo w słowo to samo, co u Cortazara, który powołując się
na encyklopedię z Sainte-Geneviève, pisał, że aksolotle są neotenicznymi,
posiadającymi skrzela larwami płazów ogoniastych z rodzaju amblistoma. W
Wikipedii było dokładnie to samo. Nawet zadałem sobie pytanie, kto od kogo
odpisał. Czy tłumaczka, Zofia Chądzyńska, z jakiejś polskiej encyklopedii, czy
też jakiś wikipediowiec stworzył tę definicję na podstawie opowiadania
Cortazara, a więc informacji, jakie uzyskał z francuskiej encyklopedii za pośrednictwem
Chądzyńskiej. Tak czy inaczej Cortazar w swoim opowiadaniu Aksolotl powołuje do istnienia pierwszoosobowego narratora, którego
zafascynowały aksolotle – dziwne płazy o – jak pisze – czterech parach
zewnętrznych różowych skrzelach, azteckich twarzach, ludzkich rękach i mało
ruchliwych nagich i różowych ciałach. Fascynuje go ich bezruch pełen obojętności, poprzez które – jak pisze – próbują unicestwić czas i przestrzeń.
Studiuje je, przygląda się im, próbuje je zrozumieć. Wyobraża je sobie nawet jako
jednostki świadome, jako niewolników
własnego ciała, wiekuistym wyrokiem skazanych na głębinową ciszę, na
rozpaczliwe rozmyślania. W końcu dochodzi do przemiany.
Z bardzo bliska widziałem głowę
nieruchomego, dotykającego szyby aksolotla. Nagle, ale bez zaskoczenia, zamiast
aksolotla ujrzałem swoją twarz przylepioną do szkła, z zewnątrz akwarium, z
drugiej strony szyby. Po czym moja twarz oddaliła się i zrozumiałem. Jedno było
dziwne: że mogłem myśleć tak jak przedtem, że mogłem jak przedtem widzieć. Kiedy
to sobie uświadomiłem, odczułem grozę, jak człowiek pogrzebany żywcem. Zewnątrz
moja twarz znowu zbliżała się do szyby, widziałem swoje usta o wargach
zaciśniętych z wysiłku, aby zrozumieć aksolotle. Byłem aksolotlem i w sekundzie
olśnienia dowiadywałem się, że żadne porozumienie nie jest możliwe.
Narrator-człowiek
z czasem przestaje przychodzić, by studiować aksolotle. Przez jakiś czas
narratorowi-aksolotlowi udawało się podtrzymać to zainteresowanie, ale tylko
wtedy, gdy udawało mu się wstępować na narratora-człowieka. Potem ta
umiejętność minęła. W końcu definitywnie został aksolotlem. Udało mu się
zaszczepić w nim tylko jedną myśl: że aksolotle myślą jak ludzie. Przekazał mu
tę prawdę, kiedy jeszcze był nim, człowiekiem. Pociesza go tylko jedno, że narrator-człowiek
napisze coś o nich, że będzie myślał, że
opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach.
Narrator
przejrzał się w szybie akwarium i stał się aksolotlem. Ja przejrzałem się w
opowiadaniu Cortazara. Powróciły do mnie wrażenia i uczucia, jakich doznałem w
związku z królikiem, a raczej w związku z możliwością wcielenia się w królika.
I zadaję sobie pytanie. W czyim imieniu mówię? Co pcha mnie do pisania?
Narratorem opowiadania Cortazara jest bez wątpienia aksolotl, poznajemy jego
historię, istoty ludzkiej zamienionej w aksolotla. Człowiek, od którego jak
gdyby się odłączył nie przestał istnieć, a on zaczął swoje drugie, głębinowe i
piekielne istnienie. Wiekuiste skazanie
na mękę tego płynnego piekła. Ale skoro stał się aksolotlem, to kto napisał
opowiadanie? Tylko narrator-człowiek. On nie przestał istnieć. Napisał WSZYSTKO
o aksolotlach, choć nie zdaje sobie sprawy, że ta nieprawdopodobna fikcja, jest
najszczerszą prawdą. Opowiadanie samo w sobie jest fikcyjne, a jednak jego
konstrukcja narzuca nam taką interpretację, że aksolotle są ludźmi uwięzionymi
w swego rodzaju piekle. Jak zostanie królikiem. Nie sposób się uwolnić od
myśli, że wszystko to jest prawdą, że wszystko to jest możliwe. W
prawdopodobnym świecie fikcji jest właśnie tak, nie inaczej. Tajemna
podświadomość, zaszczepiona przez aksolotle każe narratorowi-człowiekowi pisać
podobne opowiadania. Opowiadanie ma przemycić prawdę o aksolotlach, mimo że sam
narrator-człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że wszystko, co napisał, jest
prawdziwe. Uważa to tylko za swój wymysł, za fikcję, za wynik swego
przewrażliwienia. Gdyby odtworzyć los narratora-człowieka bez momentu
rozdwojenia, otrzymalibyśmy historię człowieka zafascynowanego przez jakiś czas
niezwykłymi płazami, który pod wpływem tego zainteresowania i dziwnych wrażeń
pisze fantastyczną historię, jakoby się zmienił w aksolotla, zostając
jednocześnie sobą. To tak jakbym ja na podstawie swoich niezwykłych doznań
napisał historię o tym, jak stałem się królikiem, pozostając jednocześnie sobą.
W momencie ukończenia pisania przestaję jednak nim być. Fikcja pozostaje tylko
kwestią wyobrażeń i wrażeń, nie rzeczywistości. Jednak zakończenie Cortazara,
gdzie aksolotl wyraża nadzieję, że świat dowie się prawdy o aksolotlach,
podważa tę interpretację. Mamy inną możliwość. Aksolotle, podobnie jak i
króliki, są oczywiście tylko metaforą (choć nie do końca). Oto jesteśmy
istotami duchowymi, których prawdziwe życie przebiega w innej sferze, śmierć
zaś będzie takim rozdzieleniem, rozdwojeniem. Nasza świadomość (to co niektórzy
nazywają duszą) pójdzie do piekła, wcielając się, zgodnie z hinduskimi
wyobrażeniami, w np. królika. Nie przestaje jednak być sobą, nie przestaje
myśleć, widzieć i rozumieć. A przede wszystkim nie przestaje osądzać i oceniać.
Rozumie, że znalazł się w piekle, a wszystko przez źle przeżyte życie, przez
błędy tego, od którego został odcięty i któremu w żaden sposób nie jest w
stanie przekazać informacji – nie ma możliwości porozumienia – by zrozumiał, by
dotarło do niego, jakiego rodzaju błędy popełnia. Prawda świata duchowego
przedziera się przez właśnie tworzenie możliwych możliwości możliwego, przez
literaturę, która myśląc, że tworzy fikcję, wyraża niewyrażalne. Przebija
poprzez nią prawda świata. W ten sposób autor mówi nie to, co zamierzał. Chyba,
że – tak jak sugeruje Cortazar, powołując do życia podwójnego narratora,
narratora-autora czy inspiratora i narratora-wykonawcę – chyba że autor
dokładnie wie, że istnieje taka wartwowość świata. Ale kto w nią uwierzy?
Zapewne nikt, gdyby zechciał to powiedzieć tekstem publicystycznym. Literatura
pokonuje ten problem. Zawsze można powiedzieć: to fikcja, bajka, cóż w tym
złego? I już zza tej kurtuazyjnej
kurtyny, za pośrednictwem literatury rzucimy światło duchowej rzeczywistości na
proch naszego nędznego życia. Bez literatury nic by nie było. Ona jest kluczem
nie tylko dla zrozumienia (bez konieczności stawania się aksolotlem czy
królikiem), ale i dla zmian w zachowaniach. Gdyby nie Cortazar, nic bym nie
zrozumiał. Pozostałbym dalej obojętny, głębinowo obojętny i okrutny.
*
Syn
oczywiście nie przestał chorować, powinniśmy się pozbyć królika. Tymczasem
biega wolny. Jest czysty i schludny, nie załatwia się na dywanie, w tym celu
wraca do klatki, a to mu się wcześniej nie zdarzało, nawet kraty gryźć przestaje, gdy go o to grzecznie poproszę.
Czyżby zmądrzał? Czyżby zrozumiał? A może porozumienie jest możliwe? Jak
możliwe jest pełne panowanie nad swoim życiem? I żadnego piekła.
*
Minęły trzy
dni i począwszy od dziś królik ma jednak szlaban. I dopiero teraz uspokoił się
na dobre. Dopiero, kiedy on dostał szlaban i kiedy ja zrozumiałem, jak jest
naprawdę. Dopiero teraz nikt nikogo nie krzywdzi. A dostał szlaban, bo za wiele
sobie pozwalał. Gryzł kraty, wychodził z pokoju, potrafił wejść nawet do łóżka
śpiących dzieci, a wyganiany z ich pokoju, zaszywał się pod łóżkiem. Wrócił
zatem do klatki na stałe. Zresztą już prawie wiosna. Za parę dni klatkę wystawi
się na balkon i będzie spokój. Przecież wszystko, co mówiłem wcześniej, to
tylko halucynacja. ‘Możliwe możliwości możliwego’. Królik nie jest Bogiem.
Staje się nim tylko wtedy, gdy ja – będąc Bogiem – jestem królikiem. Ot i cały sekret. Literacko-duchowy solipsyzm.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz