Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Król


Niepomiernie mnie drażni, gdy tylko daje znać, że żyje. Nie znoszę hałasu, a jego uporczywość w gryzieniu krat jest wprost nie do wytrzymania. Podrywam się i podbiegam do klatki, robię zamach i z nieudawaną agresją wymierzam wyimaginowany cios. Z reguły odskakuje. Już jednak po chwili powraca do gryzienia krat, może nawet z jeszcze większą werwą niż na początku. Jakby był kompletnym durniem. Zadaję sobie wówczas pytanie, czy naprawdę nic nie rozumie? Czy nic do niego nie dociera? Ma co żreć, więc o co mu jeszcze chodzi? Następnym razem reaguję więc zdecydowanie bardziej agresywnie. Uchylam jego olbrzymią klatkę od góry i gwałtownymi ruchami ręki, próbuję go przestraszyć. Nie przestaję przy tym mu wymyślać. Z reguły sypią się durnie czy ciule, a nawet sukinkoty i skurwiele. Czasami i na tym nie mogę poprzestać, żeby osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Od czasu do czasu muszę mu trzepnąć dłonią po uszach. To z reguły definitywnie załatwia  sprawę. Więcej się nie odważa dopominać o swoje prawa. Ale to nie jest najgorsza rzecz, jaka może go spotkać. Teraz, gdy dowiedzieliśmy się, że syn ma astmę i że królik może być powodem nawracającego zapalenia oskrzeli, nie będzie już taryfy ulgowej. Trzeba się go pozbyć. Na razie wypróbowaliśmy subtelnych metod, w stylu oddanie do schroniska (nie ma takiej możliwości, w naszych okolicach jest tylko schronisko dla psów), oddanie do sklepu zoologicznego (nie chcą przyjąć) czy nawet uśpienie (żaden weterynarz nie uśpi zdrowego zwierzaka), skontaktowaliśmy się nawet z pewną kobietą, która potrzebowała samca  do rozrodu. Przyszła, ale okazało się, że nasz Tygrys (to córka wymyśliła mu to imię) jest samiczką. Kobieta odeszła z kwitkiem. Zrobiło mi się go zresztą żal. Przez krótką tylko chwilę, ale jednak. Nie pozwolił się wziąć na ręce, wyrywał się, biegał jak oszalały. Nie wiem, co sobie pomyślały o nas ta kobieta, w każdym bądź razie ja wyraźnie widziałem, że królik nie jest u nas szczęśliwy. Owszem, kiedyś wychodził, biegał, przychodził, by go pogłaskać, ale wtedy jeszcze był wzorowym królikiem. Nie hałasował po nocach, nie robił kup po całym pokoju, a później potrafił wysikać się na kanapie, pogryźć kable myszki od komputera (musiałem kupić nową, i to cztery razy!). Przestaliśmy go więc wypuszczać. Dzieci też szybko się nim znudziły. Syna rozczarował fakt, że Tygrys nie chce przyjść do niego na ręce. I tak już zostało. On w klatce, czasami z mizerną ilością pokarmu, choć z reguły żona dbała, by miał wszystko, co mu potrzebne do życia. No i te nocne hałasy.  Zwłaszcza w nocy z poniedziałku na wtorek. Po weekendzie, przyzwyczajony do naszej obecności, przesypiał widocznie poniedziałek i w nocy zaczynał dokazywać. Wynieśliśmy go do karceru, tzn. do łazienki. Oczywiście razem z klatką. Ale to zrobiło swoje. Od tamtej pory nawet nie gryzie krat. Nie znaczy to, że jego życie ustabilizowało się. Ponieważ nie udało nam się go nikomu oddać, najprawdopodobniej spotka go gwałtowna śmierć. Owszem zarzekałem się, że jestem w stanie złamać mu kark i nie czuć żadnych wyrzutów sumienia, ale to było tylko takie gadanie w afekcie. Gdy doprowadzał mnie do szału. Teraz mam nawet obiekcje, by wypuścić go gdzieś poza domem, a niech idzie w cholerę, niech zeżrą go jastrzębie czy nawet psy. Ociągamy się. Poza tym parę dni temu miałem dziwne przywidzenie. Trudno to określić precyzyjnym terminem. Nie mogę tego nazwać wrażeniem, bo nie było to wrażenie, ja naprawdę poczułem się jak królik. Czułem i myślałem jak on, to znaczy tak, jakbym myślał ja – człowiek – gdybym był na jego miejscu, a nie umiałbym mówić. Odczułem to jako najgorszy rodzaj piekła – takie chyba nie przyszło do głowy nawet Kafce, mimo tylu opowiadań o robalach, kretach i psach. Na ułamek sekundy doznałem uczucia, że to ja jestem królikiem zamkniętym w klatce i że to jest moje piekło, moja reinkarnacja upadku duchowego, jak w indyjskich wierzeniach w metempsychozę, przy czym najdziwniejsze było to, że ze swej klatki widziałem samego siebie. Widziałem moje ściągnięte gniewem brwi, słuchałem moich wulgarnych wybuchów, czułem uderzenia moich rąk, domyślałem się, że skończę w rowie. Próbowałem dać znać, że to ja, że jestem człowiekiem, żebym nie robił sobie krzywdy (jakże głupio i niezręcznie to brzmi, a przy tym jakże przerażająco!), że potrzebna mi miłość, akceptacja i zrozumienie – jak każdemu – na darmo, w zamian za to musiałem oglądać wykrzywioną nienawiścią twarz, słuchać obelżywych bluzgów i cierpieć brutalne razy. Rzeczywiście – piekło. I żadnych szans na porozumienie, na przekazanie informacji, że powinienem zmienić swoje życie.
Bezruch pełen obojętności.
Pragnę głębokiej ciszy, by móc rozmyślać.
Usta zaciśnięte z wysiłku – chęć przemocy i opanowywania się.
*

Z początku myślałem, że istoty, o jakich pisał w swoim opowiadaniu Cortazar, zostały przez niego wymyślone. Sprawdziłem jednak w Wikipedii. Co najśmieszniejsze, przeczytałem w niej słowo w słowo to samo, co u Cortazara, który powołując się na encyklopedię z Sainte-Geneviève, pisał, że aksolotle są neotenicznymi, posiadającymi skrzela larwami płazów ogoniastych z rodzaju amblistoma. W Wikipedii było dokładnie to samo. Nawet zadałem sobie pytanie, kto od kogo odpisał. Czy tłumaczka, Zofia Chądzyńska, z jakiejś polskiej encyklopedii, czy też jakiś wikipediowiec stworzył tę definicję na podstawie opowiadania Cortazara, a więc informacji, jakie uzyskał z francuskiej encyklopedii za pośrednictwem Chądzyńskiej. Tak czy inaczej Cortazar w swoim opowiadaniu Aksolotl powołuje do istnienia pierwszoosobowego narratora, którego zafascynowały aksolotle – dziwne płazy o – jak pisze – czterech parach zewnętrznych różowych skrzelach, azteckich twarzach, ludzkich rękach i mało ruchliwych nagich i różowych ciałach. Fascynuje go ich bezruch pełen obojętności, poprzez które – jak pisze – próbują unicestwić czas i przestrzeń. Studiuje je, przygląda się im, próbuje je zrozumieć. Wyobraża je sobie nawet jako jednostki świadome, jako niewolników własnego ciała, wiekuistym wyrokiem skazanych na głębinową ciszę, na rozpaczliwe rozmyślania. W końcu dochodzi do przemiany.
Z bardzo bliska widziałem głowę nieruchomego, dotykającego szyby aksolotla. Nagle, ale bez zaskoczenia, zamiast aksolotla ujrzałem swoją twarz przylepioną do szkła, z zewnątrz akwarium, z drugiej strony szyby. Po czym moja twarz oddaliła się i zrozumiałem. Jedno było dziwne: że mogłem myśleć tak jak przedtem, że mogłem jak przedtem widzieć. Kiedy to sobie uświadomiłem, odczułem grozę, jak człowiek pogrzebany żywcem. Zewnątrz moja twarz znowu zbliżała się do szyby, widziałem swoje usta o wargach zaciśniętych z wysiłku, aby zrozumieć aksolotle. Byłem aksolotlem i w sekundzie olśnienia dowiadywałem się, że żadne porozumienie nie jest możliwe.
Narrator-człowiek z czasem przestaje przychodzić, by studiować aksolotle. Przez jakiś czas narratorowi-aksolotlowi udawało się podtrzymać to zainteresowanie, ale tylko wtedy, gdy udawało mu się wstępować na narratora-człowieka. Potem ta umiejętność minęła. W końcu definitywnie został aksolotlem. Udało mu się zaszczepić w nim tylko jedną myśl: że aksolotle myślą jak ludzie. Przekazał mu tę prawdę, kiedy jeszcze był nim, człowiekiem. Pociesza go tylko jedno, że narrator-człowiek napisze coś o nich, że będzie myślał, że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach.
Narrator przejrzał się w szybie akwarium i stał się aksolotlem. Ja przejrzałem się w opowiadaniu Cortazara. Powróciły do mnie wrażenia i uczucia, jakich doznałem w związku z królikiem, a raczej w związku z możliwością wcielenia się w królika. I zadaję sobie pytanie. W czyim imieniu mówię? Co pcha mnie do pisania? Narratorem opowiadania Cortazara jest bez wątpienia aksolotl, poznajemy jego historię, istoty ludzkiej zamienionej w aksolotla. Człowiek, od którego jak gdyby się odłączył nie przestał istnieć, a on zaczął swoje drugie, głębinowe i piekielne istnienie. Wiekuiste skazanie na mękę tego płynnego piekła. Ale skoro stał się aksolotlem, to kto napisał opowiadanie? Tylko narrator-człowiek. On nie przestał istnieć. Napisał WSZYSTKO o aksolotlach, choć nie zdaje sobie sprawy, że ta nieprawdopodobna fikcja, jest najszczerszą prawdą. Opowiadanie samo w sobie jest fikcyjne, a jednak jego konstrukcja narzuca nam taką interpretację, że aksolotle są ludźmi uwięzionymi w swego rodzaju piekle. Jak zostanie królikiem. Nie sposób się uwolnić od myśli, że wszystko to jest prawdą, że wszystko to jest możliwe. W prawdopodobnym świecie fikcji jest właśnie tak, nie inaczej. Tajemna podświadomość, zaszczepiona przez aksolotle każe narratorowi-człowiekowi pisać podobne opowiadania. Opowiadanie ma przemycić prawdę o aksolotlach, mimo że sam narrator-człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że wszystko, co napisał, jest prawdziwe. Uważa to tylko za swój wymysł, za fikcję, za wynik swego przewrażliwienia. Gdyby odtworzyć los narratora-człowieka bez momentu rozdwojenia, otrzymalibyśmy historię człowieka zafascynowanego przez jakiś czas niezwykłymi płazami, który pod wpływem tego zainteresowania i dziwnych wrażeń pisze fantastyczną historię, jakoby się zmienił w aksolotla, zostając jednocześnie sobą. To tak jakbym ja na podstawie swoich niezwykłych doznań napisał historię o tym, jak stałem się królikiem, pozostając jednocześnie sobą. W momencie ukończenia pisania przestaję jednak nim być. Fikcja pozostaje tylko kwestią wyobrażeń i wrażeń, nie rzeczywistości. Jednak zakończenie Cortazara, gdzie aksolotl wyraża nadzieję, że świat dowie się prawdy o aksolotlach, podważa tę interpretację. Mamy inną możliwość. Aksolotle, podobnie jak i króliki, są oczywiście tylko metaforą (choć nie do końca). Oto jesteśmy istotami duchowymi, których prawdziwe życie przebiega w innej sferze, śmierć zaś będzie takim rozdzieleniem, rozdwojeniem. Nasza świadomość (to co niektórzy nazywają duszą) pójdzie do piekła, wcielając się, zgodnie z hinduskimi wyobrażeniami, w np. królika. Nie przestaje jednak być sobą, nie przestaje myśleć, widzieć i rozumieć. A przede wszystkim nie przestaje osądzać i oceniać. Rozumie, że znalazł się w piekle, a wszystko przez źle przeżyte życie, przez błędy tego, od którego został odcięty i któremu w żaden sposób nie jest w stanie przekazać informacji – nie ma możliwości porozumienia – by zrozumiał, by dotarło do niego, jakiego rodzaju błędy popełnia. Prawda świata duchowego przedziera się przez właśnie tworzenie możliwych możliwości możliwego, przez literaturę, która myśląc, że tworzy fikcję, wyraża niewyrażalne. Przebija poprzez nią prawda świata. W ten sposób autor mówi nie to, co zamierzał. Chyba, że – tak jak sugeruje Cortazar, powołując do życia podwójnego narratora, narratora-autora czy inspiratora i narratora-wykonawcę – chyba że autor dokładnie wie, że istnieje taka wartwowość świata. Ale kto w nią uwierzy? Zapewne nikt, gdyby zechciał to powiedzieć tekstem publicystycznym. Literatura pokonuje ten problem. Zawsze można powiedzieć: to fikcja, bajka, cóż w tym złego?  I już zza tej kurtuazyjnej kurtyny, za pośrednictwem literatury rzucimy światło duchowej rzeczywistości na proch naszego nędznego życia. Bez literatury nic by nie było. Ona jest kluczem nie tylko dla zrozumienia (bez konieczności stawania się aksolotlem czy królikiem), ale i dla zmian w zachowaniach. Gdyby nie Cortazar, nic bym nie zrozumiał. Pozostałbym dalej obojętny, głębinowo obojętny i okrutny.

*
                              
                Syn oczywiście nie przestał chorować, powinniśmy się pozbyć królika. Tymczasem biega wolny. Jest czysty i schludny, nie załatwia się na dywanie, w tym celu wraca do klatki, a to mu się wcześniej nie zdarzało, nawet kraty gryźć  przestaje, gdy go o to grzecznie poproszę. Czyżby zmądrzał? Czyżby zrozumiał? A może porozumienie jest możliwe? Jak możliwe jest pełne panowanie nad swoim życiem? I żadnego piekła.

*

Minęły trzy dni i począwszy od dziś królik ma jednak szlaban. I dopiero teraz uspokoił się na dobre. Dopiero, kiedy on dostał szlaban i kiedy ja zrozumiałem, jak jest naprawdę. Dopiero teraz nikt nikogo nie krzywdzi. A dostał szlaban, bo za wiele sobie pozwalał. Gryzł kraty, wychodził z pokoju, potrafił wejść nawet do łóżka śpiących dzieci, a wyganiany z ich pokoju, zaszywał się pod łóżkiem. Wrócił zatem do klatki na stałe. Zresztą już prawie wiosna. Za parę dni klatkę wystawi się na balkon i będzie spokój. Przecież wszystko, co mówiłem wcześniej, to tylko halucynacja. ‘Możliwe możliwości możliwego’. Królik nie jest Bogiem. Staje się nim tylko wtedy, gdy ja – będąc Bogiem – jestem królikiem. Ot i cały sekret. Literacko-duchowy solipsyzm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz