„nic nie zaciera lepiej znaczenia
wielkich słów niż program Ministerstwa Edukacji”
GENETIVUS
„Idę
na czczo w dżdżu", powiedziała Kasia. Siedzieliśmy na powalonym pniu
sosny, po obiedzie. Na niewielkiej polanie, niedaleko trawiastego lotniska, z
którego startowały pokraczne dwupłatowce (Any-2) i lekkie Wilgi. Dzień musiał
być ciepły i słoneczny, nie pamiętam. Ale skoro siedzieliśmy na pniu, skoro
startowały samoloty, wyświetlana scena musiała rozegrać się w lecie. Mój
żołądek zapamiętał, co zjedliśmy: schabowe z zasmażaną kapustą, i gdzie: w
mieszkaniu Kasi. „Zawsze umiałaś trafić w sedno", odpowiedziałem.
Z
Kasią robiliśmy rzeczy najprostsze: spacerowaliśmy i siedzieliśmy, na ławkach i
pniach, w parkach i na osiedlach, raczej w słońcu niż deszczu. Wypijaliśmy
herbaty, zjadaliśmy obiady, popalaliśmy w ukryciu papierosy. Pisaliśmy do
siebie na kartkach, na powietrzu rozmawialiśmy i w budynkach, toczyliśmy
rozmowy w wielu językach: słowa, przede wszystkim, ale też dotyk, uważny i
oszczędny, również wargi i język: speleologia jamy ustnej, badanie sklepienia, oświetlanie
czubkiem języka żebrowania, na którym rozciągnięto tkanki podniebienia, także
oczy: oczy, język i usta — architekci naszych pocałunków, inżynierowie naszych
wspólnych godzin.
Z Kasią
robiliśmy rzeczy najprostsze i dostępne, korzystaliśmy jedynie z czasowników
pospolitych, codziennych i wielokrotnych. Części naszych ciał i mowy nie
uwzględniały czynności jednokrotnych i dokonanych, nie wymawialiśmy:
eksplodował, uciekł i porzucił, wyemigrowała, zapomniała i umarła. Czasowniki
jednokrotne, dokonane i spektakularne rozdzielają ludzi, chyba to rozumieliśmy
i dlatego postanowiliśmy żyć w niedokonanym świecie, w świecie pospolitym,
powoływanym małą literą, nie znającym końca, jak obiady i nie odrobione prace
domowe, jak klasówki i kromki chleba spadające na podłogę posmarowaną stroną
niby gwiazda z nieba: pomyśl życzenie.
Często
wypowiadaliśmy zdania, które nie pasowały do sytuacji, kontekstu, otoczenia. W
pierwszych miesiącach zdania takie ześlizgiwały się ze świata, opadały na
ściółkę, ale z czasem nauczyły się uczepiać rzeczywistości, zadawać jej kłam,
podważać. „A jaki jest mianownik od dżdżu?", zapytała Kasia.
„Dżdża, czyli
deszcz — odpowiedziałem, chociaż nie wiedziałem. — W staropolszczyźnie wszelkie
opady były rodzaju żeńskiego. Z biegiem lat dżdża przekształciła się w
deszcz". Kasia roześmiała się, bardzo lubiła wysłuchiwać uczonych dysput,
pod warunkiem, że dysputanci nie mają zielonego pojęcia o przedmiocie dyskusji,
dobrzy dysputanci to dyletanci. „Kopernik była kobietą — powiedziała Kasia — ale
deszcz też?"
Po osiemnaste,
moja miłość do Kasi jest wieczna. Jest wieczna z błahej, gramatycznej
przyczyny. Moja miłość do Kasi jest miłością niedokonaną. Moje kochanie Kasi
jest wieczne, bo żaden z przedrostków nie umie sprowadzić go do aspektu dokonanego.
Moje kochanie jest wieczne, bo zawsze teraźniejsze.
Po osiemnaste;
to zabawne, że miłość wieczna uzyskała tak odległe miejsce, osiemnasty
liczebnik porządkowy. Dlaczego nie po pierwsze, nie po drugie? Dlaczego nie
brązowy medal? Zawsze to na podium. Czy dlatego, że ukończywszy osiemnaście
lat, odpowiadałem za swoje czyny?
Niekiedy nie
potrafię pracować. Nie umiem czytać. Litery ze słowa rozpierzchają się jak
k-o-r-e-k, słowa w zdaniu odpychają się, jakby biegunów było tyle, co słów,
zdania rozszczepiają akapit na drzazgi, akapity rozłamują strony na niemożliwe
do scalenia części, a strony składają tekst w trumnie: nie ma komu nabić kartek
na osikowy kołek wieńczący lekturę. Nie umiem pisać. Zamiast zdań powstają
niegramatyczne zbitki, przydawkę „słoneczny" przesłania podmiotowa
„chmura", orzeczenie „szli" nagle potyka się i upada jak po amputacji
nóg, okolicznik miejsca „na pniu" niespodziewanie zdrabnia się w„na
pieńku" i staje okolicznikiem stanu.
Niekiedy nie
potrafię pracować. Moja praca nie wymaga sprawnego ciała, wręcz przeciwnie, im
więcej bólu, tego niedokonanego, przerywającego gest w połowie, teraźniejszego,
w niezbyt wysokim rejestrze, tym lepiej: mogę na własny przesztywniony
kręgosłup nadziać fikcyjnych bohaterów, będą drgać jak przyszpilony owad, aż
zastygną z pięknie rozpiętymi uczuciami i motywacjami w gablocie, na deskach
sceny, w adaptacji.
Ale niekiedy
nie potrafię pracować, nie potrafię czytać ni pisać. Spędziłem cztery licealne
lata w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, chciałem być lekarzem, na trzy
miesiące przed maturą, po rozstaniu z Kasią wymieniłem przezrocza marzeń na
inne. Przeforsowałem studia na akademii teatralnej wbrew woli rodziców.
Po siódme, są
pytania, do których wracam. Wracam do niektórych pytań, ważnych i nieważnych, z
oswojoną odpowiedzią i bez niej. Na przykład: Jaki jest mianownik od dżdżu? Ze
dwa lata temu poprosiłem znajomą o przesłanie na mój domowy adres
najobszerniejszego słownika języka polskiego. Przyjechała półciężarówka,
pięćdziesiąt tomów Praktycznego słownika współczesnej polszczyzny pod
redakcją Haliny Zgółkowej. „Dżdżu" to dopełniacz, żywa skamielina
mianownikowego „deżdż", amonit dawnych dni, który się ubezdźwięcznił w
upływających jak morze stuleciach i przeszedł w„deszcz". Praktyczny
słownik... w ogóle nie jest praktyczny, zajmuje półki, dopiero dziesiąty tom
jest na „d".
Tak
spędzaliśmy czas, licząc samoloty i spadochroniarzy, narzekając na żółty ser w
kanapkach i młodsze rodzeństwo. Mówiliśmy o najodleglejszych rzeczach, o
słoniach żegnających zmarłych, o wielorybach wyśpiewujących pieśni miłosne, o
głuchych telefonach.
Po siódme, są
pytania, do których wracam, pytania, na które odpowiedź nie ulega zmianie. Na
przy- kład: Dlaczego zdałem bezbłędnie egzamin dojrzałości, a oblałem egzamin z
miłości do Kasi? Przecież nasze kochanie było wieczne, bo niedokonane. Czynność
odbywająca się czy też trwający stan nie mogą się skończyć, są
teraźniejszością, gramatyka nie dopuszcza innego rozwiązania. Tylko to, co
dokonane, występuje w czasie: w przeszłym lub przyszłym. To, co niedokonane,
trwa w teraźniejszości, nigdy się nie kończy i nie spełnia. A jednak, a mimo
to, wbrew gramatyce i słownikom — uczyniłem naszą miłość wyjątkową lub raczej:
wyjątkiem.
Kogo, czego
(nie ma)? Na to pytanie odpowiada dopełniacz, najczęstszy przypadek,
beznadziejny i nieodwracalny.
A gdybym
urodził się w języku bez dopełniacza? Czy coś potoczyłoby się inaczej? Czy
mógłbym mieć to, czego nie mam?
„A co powiesz
o «na czczo»?", zapytała Kasia. „Że na czczo rzadko występuje dobrowolnie",
odpowiedziałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz