Wieczór kuglarzy Ingmara Bergmana rozpoczyna się sceną,
w której jeden z cyrkowców opowiada Albertowi – właścicielowi cyrku – historię
Frosta, historię zdrady i upokorzenia. Żona Frosta, przebrzmiała piękność,
uwodzi stacjonujących nad morzem żołnierzy, którzy odbywają ćwiczenia
artyleryjskie. Urządza przed nimi striptiz, a potem kąpie się nago. Żołnierze
przerywają ćwiczenia, by obejrzeć niecodzienny pokaz. Jeden z oficerów wpada na
kolejny pomysł, który zabawi żołdaków. Każe poinformować Frosta – męża striptizerki i cyrkowego klauna – o
tym, co robi jego ślubna. Ten zjawia się najszybciej, jak może i błaga żonę, by
wyszła z morza. Zdejmuje ubranie i w samych kalesonach wchodzi do wody, aby
pomóc jej w powrocie na brzeg. Tymczasem żołnierze robią im kolejny kawał –
chowają ubrania. Frost widząc to, bierze swą nagą żonę w ramiona i odchodzi w
stronę cyrkowego namiotu. Towarzyszy mu śmiech żołnierzy.
Historii tej
nie opowiada nam Bergman, opowiada ją jeden z cyrkowców. Właśnie dlatego jest
okaleczona. Widzimy rozmawiających żołnierzy, oficerów wydających polecenia,
strzelające działa, ale nie słyszymy ich słów. Zbliżenia twarzy poruszających
ustami wyglądają trochę groteskowo, ale nie o groteskę chyba chodziło. Słyszymy
śmiech i gwizdy, które urywają się nagle i sztucznie w kluczowych momentach
historii Frosta. Urywają się jak na komendę, jakby nimi
dyrygował jakiś ukryty reżyser. Tym reżyserem jest właśnie cyrkowiec, który
korzysta z prawa przysługującego opowiadającemu. Dobiera takie środki, jakie
chce, jakich mu potrzeba. Wspomina tylko o tym, co uznał za ważne. Resztę
pomija milczeniem, każąc milczeć tym, o których mówi. Bergman przedstawia
opowieść cyrkowca dosłownie, jako wyreżyserowaną, odrobinę sztuczną, rozgrywaną
na pół schematycznie, a jednocześnie mocno zaakcentowaną w kilku kluczowych
punktach. Okaleczenie historii cyrkowca jest wyrazem jej swoistości i
wyjątkowości. Tak to widział, tak zapamiętał i tak opowiada.
Obraz, jaki
serwuje nam Bergman na początku swojego filmu, jest dla mnie kwintesencją
opowiadania w ogóle. Na tym przecież to polega. Mówi się tylko o tym, co ważne
dla opowiadającego. Mimetyzm jest niemożliwy. Cyrkowiec nie był przecież w
stanie zaobserwować poszczególnych reakcji wszystkich obecnych wówczas na
plaży. Ujednolicił je więc, stworzył tłum, który śmieje się i milknie jak na
komendę. Indywidualność zachowały tylko postaci dla tej historii niezbędne.
*
W pewnym
średniowiecznym manuskrypcie znajduje się rysunkowa historia, w trakcie której
siedem razy z rzędu powtórzono identycznie opracowaną scenę: człowieka leżącego
na ziemi. Z innych miniatur zdołano ustalić, że chodzi o historię Jakuba i Ezawa, i że siedem identycznych scen odnosi
się do biblijnego fragmentu mówiącego o tym, jak to Jakub witając się z Ezawem,
siedem razy upadł przed nim.
A więc
niewolniczy mimetyzm? Nic podobnego. I tutaj mamy do czynienia ze swego rodzaju
„okaleczeniem”. Otóż tych siedem scen nie zostało przedstawionych w jednym
rzędzie. W jednym jest sześć, w następnym jedna. Sześć pierwszych rzeczywiście
wynika z trzymania się litery pisma, osobność siódmej, jej wyeksponowanie, ma
na celu podkreślenie momentu upadku. Siedmiokrotne powtórzenie jednej sceny nie
czyni jej ważną, nie w oczach średniowiecznego miniaturzysty, który ma w
zwyczaju trzymać się tekstu Biblii. Ważną czyni ją dopiero przeniesienie
jednego „ukłonu” do następnego rzędu, a więc ingerencja opowiadającego w formę
opowiadania. To nazywam okaleczeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz