Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

wtorek, 21 kwietnia 2020

Abramores Perros


Dziwnie kończy się film Alejandro Gonzalesa Inarritu Amores Perros. Jest to przecież obraz na wskroś realistyczny. Mamy wrażenie, że kamera uczestniczy niejako w życiu marginesu wielkiego miasta – Mexico City – na zasadzie współuczestnika, jakbyśmy oglądali te historie okiem anonimowego obserwatora wdzierającego się w tajemnice slumsów. Film opowiada trzy niezależne historie, balansując między poetyką Almodovara, gdzie bohaterowie ocierają się o siebie, gdzie ludzie i ich losy, nigdy sobie tego nie uświadamiając, splatają się ze sobą, przenikają, spotykają i mijają na każdym kroku. A jednak ten film kończy się zupełnie symbolicznie. Główny bohater (dużo czasu zajmuje zorientowanie się, że to on jest głównym bohaterem – choć od początku się pojawiał, przewijając się przez wszystkie historie, to jego historia zostaje opowiedziana na końcu) obcina swe długie włosy i brodę i opuszcza miasto, kierując się ku czarnej, wyschniętej i na pewno niegościnnej pustyni. Horyzont wydaje się być niczym nieograniczony. Opuszcza miasto i żegna się raz na zawsze z przeszłością. Już nigdy tu nie wróci, nie wiemy, jak będzie wyglądało jego życie, ale będzie ono na pewno inne, nowe.

I w oczach stanął mi wówczas Abraham opuszczający swe Ur – wielkie miasto ogarnięte bezdusznością boga biurokracji, omotane pajęczyną praw wysysających z ludzi resztki godności; miasto, gdzie roi się od Kainów, gdzie żony zdradzają mężów, a kochankowie zostają wystrychnięci na dudka, gdzie wszelkie plany przytłoczone cieniem masywnych murów miejskich rozsypują się w gruzy, gdzie rządzą pieniądz i zawiść.
Kierkegaard cały swój podziw ogniskował wokół góry Moria. Nie byłoby jednak Morii bez porzucenia Ur. To musiał być niewiarygodnie wielki czyn, pomijając nawet ogrom strat i rozczarowań, jakich musiał doznać Abraham, by zdecydować się na ten krok. Choć w przeciwieństwie do bohatera filmu Innaritu nie musiał robić tego sam. Miał swoje wizje. Pierwsza zdarzyła się w Ur, następne przyjdą później: najpierw ta w Harranie, potem ta z góry Moria. 
Abraham miał jednak Głos, któremu wierzył i który go prowadził. Bohaterowie Inarritu nie mają. Octavio kilkukrotnie z wyrzutem będzie pytał żonę swego brata, której oddaje zarobione pieniądze: „Jeszcze nie rozumiesz?” Nawet wówczas, gdy powie jej wprost, że chce z nią wyjechać do Juarez, ta zapyta „Dlaczego?”. On znów powie: „Nie rozumiesz?” A jej „Rozumiem” nie będzie wiarygodne. W decydującym momencie zdradzi go. Nie będzie dane im opuścić Ur, ona ucieknie (ale nie poza miasto) ze znienawidzonym mężem, on nie zdobędzie się na samotną wędrówkę. Jak w Truman Show Weira, miasto będzie więzić bohatera, uzależnionego od budowlanych struktur. Podobnie druga para bohaterów, która częściowo dopnie swego: zamieszkają razem, w nowym domu. Ale ich życie od tego szczęśliwego dla nich momentu zacznie się rozpadać. Być może wszystko przez niewielką dziurę w podłodze. Wyzwolenie uda się dopiero trzeciemu bohaterowi, który na odchodnym zorganizuje jeszcze dwóm synom tego miasta, dwóm Kainom, walkę na śmierć i życie – jak walkę psów, których kilka oglądaliśmy na początku filmu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz