Dziwnie kończy
się film Alejandro Gonzalesa Inarritu Amores Perros. Jest to
przecież obraz na wskroś realistyczny. Mamy wrażenie, że kamera uczestniczy
niejako w życiu marginesu wielkiego miasta – Mexico City – na zasadzie
współuczestnika, jakbyśmy oglądali te historie okiem anonimowego obserwatora
wdzierającego się w tajemnice slumsów. Film opowiada trzy niezależne historie,
balansując między poetyką Almodovara, gdzie bohaterowie ocierają
się o siebie, gdzie ludzie i ich losy, nigdy sobie tego nie uświadamiając,
splatają się ze sobą, przenikają, spotykają i mijają na każdym kroku. A jednak
ten film kończy się zupełnie symbolicznie. Główny bohater (dużo czasu zajmuje
zorientowanie się, że to on jest głównym bohaterem – choć od początku się
pojawiał, przewijając się przez wszystkie historie, to jego historia zostaje
opowiedziana na końcu) obcina swe długie włosy i brodę i opuszcza miasto,
kierując się ku czarnej, wyschniętej i na pewno niegościnnej pustyni. Horyzont
wydaje się być niczym nieograniczony. Opuszcza miasto i żegna się raz na zawsze
z przeszłością. Już nigdy tu nie wróci, nie wiemy, jak będzie wyglądało jego
życie, ale będzie ono na pewno inne, nowe.
I w oczach
stanął mi wówczas Abraham opuszczający swe Ur – wielkie miasto ogarnięte
bezdusznością boga biurokracji, omotane pajęczyną praw wysysających z ludzi
resztki godności; miasto, gdzie roi się od Kainów, gdzie żony zdradzają mężów,
a kochankowie zostają wystrychnięci na dudka, gdzie wszelkie plany przytłoczone
cieniem masywnych murów miejskich rozsypują się w gruzy, gdzie rządzą pieniądz
i zawiść.
Kierkegaard cały swój podziw
ogniskował wokół góry Moria. Nie byłoby jednak Morii bez porzucenia Ur. To
musiał być niewiarygodnie wielki czyn, pomijając nawet ogrom strat i
rozczarowań, jakich musiał doznać Abraham, by zdecydować się na ten krok. Choć w przeciwieństwie do bohatera filmu Innaritu nie musiał robić tego sam. Miał swoje wizje. Pierwsza zdarzyła się w Ur, następne przyjdą później: najpierw ta w Harranie, potem
ta z góry Moria.
Abraham miał
jednak Głos, któremu wierzył i który go prowadził. Bohaterowie Inarritu nie
mają. Octavio kilkukrotnie z
wyrzutem będzie pytał żonę swego brata, której oddaje zarobione pieniądze:
„Jeszcze nie rozumiesz?” Nawet wówczas, gdy powie jej wprost, że chce z nią
wyjechać do Juarez, ta zapyta „Dlaczego?”. On znów powie: „Nie rozumiesz?” A
jej „Rozumiem” nie będzie wiarygodne. W decydującym momencie zdradzi go. Nie
będzie dane im opuścić Ur, ona ucieknie (ale nie poza miasto) ze znienawidzonym
mężem, on nie zdobędzie się na samotną wędrówkę. Jak w Truman Show Weira, miasto będzie więzić
bohatera, uzależnionego od budowlanych struktur. Podobnie druga para bohaterów,
która częściowo dopnie swego: zamieszkają razem, w nowym domu. Ale ich życie od
tego szczęśliwego dla nich momentu zacznie się rozpadać. Być może wszystko
przez niewielką dziurę w podłodze. Wyzwolenie uda się dopiero trzeciemu
bohaterowi, który na odchodnym zorganizuje jeszcze dwóm synom tego miasta, dwóm
Kainom, walkę na śmierć i życie – jak walkę psów, których kilka oglądaliśmy na
początku filmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz