Film Jarmuscha
z de Bankole nie opowiada realistycznej historii. Dlaczego bohater nie śpi? Bo
nie jest człowiekiem. To raczej przygody umysłu, który próbuje się uwolnić od
tej formy życia, która domaga się konsumpcji, artystycznej prostytucji,
zaprzedania się. Nauka, muzyka, film, taniec i gitara, narkotyki. Sztuka i
niezależność. Kobieta próbuje go odwieść od właściwej drogi. Gra na dwa fronty:
z jednej strony miłość jest nośnikiem największej ambicji i wolności, z drugiej
najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty. Kobieta zagraża stagnacją. Dlatego
nie daje się jej uwieść. Milczy. Zachowuje czystość i naturalność. Pcha go do
przodu tylko sztuka, niezależne myślenie, ciekawość. Napotkane postaci to
upostaciowane myśli, wskazówki, wszystko, co osiągnął w życiu. Osobiste
objawienia. Osobiste refleksje, które próbują dostać się do umysłu człowieka.
On im ulega, słucha ich, bo jest czujny i gotowy na odkrycie prawdy. Gdy zbliża
się do rozwiązania – zabicia w sobie bezmyślnej chęci życia – kobieta umiera,
umiera rzeczywistość. Wówczas jest gotowy, by wkroczyć w realny świat. Ubrać
się w luźne ubrania, przekazać innemu wskazówki. To przekazanie jest utrzymane
w konwencji misji specjalnej. Podrzuca ubrania do oznakowanej szafki, pudełko
wrzuca do kosza. Może ktoś je znajdzie.
Sam również
próbuje szukać. Chodzi do muzeów, próbuje odkrywać, szukać gitary. Ale nie. To
gitara ma go odnaleźć. Itd. Sztuka służy podpowiedziami. Jest przewodniczką po
świecie prawdziwych potrzeb człowieka. Świat sztuki i świat prawdy są
równoległe.
Helikopter to
coś, co na niego czyha. Może też być jego opatrznością, ale musi się jej
zaprzedać. Kobieta w bieli, miłośniczka Hitchcocka wystąpiła w „Świetle księżyca”
i została porwana przez ludzi z „czarnego helikoptera” – tak jakby artysta się
zaprzedał komercji. Wyzbyła się swoich ideałów. Być może w filmie najłatwiej
się ich wyzbyć, zbyt wielkie pieniądze za nim stoją.
W czasie
oglądania filmu poczułem lęk. Lęk przed nadmierną alegoryzacją. Obawiałem się
przez chwilę, że Jarmusch przesadził i zrobił ze swojego filmu obrzydliwą
alegorię (jak mówi Melville w Moby Dicku).
Na szczęście nie. Nie jest to tak nieznośne jak Ptaszydła Pasoliniego. Owszem, jest w tym symbolizm, pewna
alegoryzacja, a nawet personifikacja, ale do przełknięcia.
Poczułem lęk
zresztą jeszcze z innego powodu. Oto przez chwilę zastanawiałem się, co chce
powiedzieć mi Jarmusch. A co, jeśli nie zrozumiem? I to mnie przeraziło. Ja
chcę zrozumieć! Ja muszę zrozumieć! I ogarnęło mnie coś na kształt manii, która
potrafi zaprowadzić do wariatkowa. Mój ojciec próbował zrozumieć działanie
Amwaya i wylądował w psychiatryku. Ja poczułem, że mogłoby mnie spotkać coś
podobnego. Powróciło uczucie, które towarzyszyło mi podczas wizji po grzybach
czy marihuanie. Pragnienie zrozumienia świata, prawdy ludzkiego istnienia.
Czujesz, że jest to wszystko, czego pragniesz i czego ci potrzeba i czujesz
jednocześnie, że nie dasz rady i że czeka cię szaleństwo i potępienie (bo
potępienie jest rodzajem szaleństwa, jak widać to na przykładzie Nervala).
Nawet przyszło
mi do głowy, że Jarmusch bawi się z widzem, że jego film jest pewnego rodzaju
eksperymentem. Limits of control. Granice kontroli. A więc moment, kiedy
tracisz kontrolę. Przestajesz wiązać ze sobą poszczególne obrazy, nie
odczytujesz przesłanek, egzegetyczna porażka. Ale i inne granice kontroli
(sterowania tobą). Moment, kiedy
zyskujesz wreszcie wolność. Nie wiedzie cię dłoń holowników (jak w motcie z
Rimbauda). Kontrola – a więc establishment, a więc przemysł rozrywkowy, a więc
świat oficjalny – nie ma nad tobą władzy. Bo kontrola to nic dobrego, kontrola
ma ograniczenia (inne znaczenie słowa limits), popełnia swoje błędy. Potrzeba
kontrolowania i bycia kontrolowanym to ludzka przypadłość, która odcina nas od
prawdy o życiu. Kontrola jest statyczna, próbuje budować jakieś status quo,
którego gotowa jest bronić i w imieniu którego może nawet zabijać. Choć tylko
pozornie. Prawdziwa wolność jest niezależna nawet od największej kontroli. Oto
główny bohater przenosi się siłą wyobraźni w centrum ośrodka władzy i zabija
szefa – księcia tego świata. W gruncie rzeczy dzieje się to zupełnie bez
sprzeciwu tego ostatniego. Nie broni się. Nie może. Główny bohater zabija
przecież cząstkę siebie, swój parszywy cień, który trzyma go w platońskiej
jaskini. Cień nie może się bronić. Jest marny i zły, próbował nad nim
dominować, próbował go zastraszyć, ale nic z tego. Nie udało mu się. Ujadał jak
brytan, a okazał się bezbronnym stworzonkiem z przerostem ambicji. Gwałtowny,
dramatyczny gest uwalnia go na zawsze. Wreszcie może sobie spojrzeć w twarz, tę
prawdziwą. Przez chwilę, zdaje się, jest zdziwiony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz