Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

środa, 15 kwietnia 2020

Miłość i nienawiść w „Zbrodni i karze”


Czy Raskolnikow dojrzał w sobie „innego”? Jeżeli tak, to nie bez powodu sam sobie zaprzecza.
„Zły jestem, widzę to – myślał po chwili, zawstydzony, że z taką opryskliwością machnął siostrze ręką. – Ale dlaczego one tak mnie kochają, skorom tego niewart?! Och, gdybym był jeden i nikt mnie nie kochał, i gdybym ja także nigdy nikogo nie kochał! Nie byłoby tego wszystkiego! Ciekawe, czy naprawdę przez te przyszłe piętnaście, dwadzieścia lat moja dusza tak się już skruszy, że będę pokornie chlipał wobec ludzi, co drugie słowo nazywając siebie zbójem? Niewątpliwie! Po to właśnie zsyłają mnie teraz, właśnie tego im potrzeba… Oto łażą sobie ulicami tam i z powrotem, a przecież każdy z nich jest łotrem i zbójem już z samej natury; gorzej – bo idiotą! Ale spróbujcie no nie zesłać mnie na Sybir, a wszyscy oni wściekną się ze szlachetnego oburzenia! O, jak ja ich wszystkich nienawidzę!”
Nie jest to oczywiście prosta i skruszona świadomość indywidualnej grzeszności, nie jest to tym bardziej samokrytyka (nie mówiąc już o godnym pochwały „złym mniemaniu o sobie”). Mamy tu do czynienia z krytyką człowieka w ogóle, a tym samym, jak zaraz to zobaczymy, z problemem tożsamości bohatera. Raskolnikow kochając i pragnąc dobra ludzkości (w stylu: „tak dużo można by zrobić”), zdaje sobie sprawę (również na swoim przykładzie) z naturalnego i historycznego zła tkwiącego w człowieku. Sam będąc pod wpływem tego zła, jak i tego dobra, jednocześnie kocha i nienawidzi ułomnego i wymagającego ciągłej pomocy człowieka. Taką postawę można nazwać mizantropią, przy czym w tak rozumianej mizantropii nienawiść musi iść w parze z miłością. Mizantrop manifestuje swoją nienawiść, ale pobudką do jej okazywania jest właśnie miłość. Uczucia, które lęgną się w mizantropie, są wymieszane i niekonsekwentne, nagłe wybuchy złości i nienawiści to uboczny skutek chęci widzenia człowieka takim, jakim nie jest. Ale Raskolnikow nie może powtórzyć zdania Rousseau z Marzeń samotnego wędrowca: „Byłbym kochał ludzi, na przekór im samym.” Postawa Jana Jakuba była niezwykle emocjonalna, postawa Rodiona jest przeintelektualizowana.
Nie pamiętam już, kto stawiał tezę, że Chrystus był mizantropem, ale coś w tej myśli jest. Umiłował, bo widział nędzę człowieka, ale samej nędzy nie kochał, przeciwnie, nienawidził, i właśnie ta nienawiść, wobec przyrodzonej nędzy, gatunkowego idiotyzmu i naturalnej skłonności do zła objawia się u tych, których nazywamy mizantropami. W historii XX wieku znajdziemy niejednego mizantropa, a może najbardziej jaskrawym przykładem z naszego podwórka jest Janusz Korczak. Kochał on bowiem dzieci nie dla ich dobra i czystości. Jeżeli mógłby powtórzyć za Chrystusem „do nich należy królestwo niebieskie”, to tylko w tym sensie, że tylko do nich ono jeszcze może należeć. Dorośli są na właściwej drodze albo, wręcz przeciwnie, na straconej. Nikt i nic im raczej nie pomoże. Postawę dzieci można jeszcze kształtować i trzeba to robić z całą stanowczością, a nawet brutalnością. Narzucać im pewne normy, sądzić, kary zamienić w bezlitosne i nieliczące się z ich zdaniem konsekwencje.
Różnica jednak między Korczakiem i Chrystusem a Raskolnikowem jest taka, że ten ostatni tak dalece zagubił się w sprzecznych uczuciach, że nie był już w stanie wprząc nienawiść w dzieło miłości. Dobro dla Raskolnikowa stało się jakąś grą i prywatną katorgą, wyrazem nienawiści do człowieka i, a nawet przede wszystkim, siebie.
„Tfu, jak ci ludzie potrącają! Na przykład ten grubas – Niemiec zapewne – który mnie potrącił: czyż wie, kogo potrącił? Baba z dzieckiem prosi jałmużny; ciekawe, że uważa mnie za szczęśliwszego od siebie. Ha, można by coś jej dać – ot, dla kawału. Oho, zachował mi się w kieszeni piątak. Skąd? … Macie tu, matko… weźcie!”
Zewnętrznie jest to gest dobrodziejstwa, wewnętrznie kolejny policzek wymierzany swemu człowieczeństwu. Gestem tym Raskolnikow komentuje i ocenia wszystkie wcześniejsze jałmużny, które dał, które otrzymał i których wręczania był świadkiem. W takim odniesieniu gest Raskolnikowi zdaje się jeszcze bardziej rozpaczliwy.
Łużyc mówił: „Frazes! Jeżeli na przykład nakazywano mi dotychczas ‘miłuj bliźniego’, i ja go umiłowałem, to jaki był skutek? Skutek był ten, żem rozdzierał opończę na pół, dzieliłem się z bliźnim, i obaj zostawaliśmy na wpół nadzy (…). Nauka zaś powiada: ukochaj przede wszystkim siebie, wszystko bowiem w świecie zasadza się na korzyści osobistej. Gdy ukochasz tylko siebie, to i własne interesy poprowadzisz jak należy, i opończa twoja będzie cała. A wiedza ekonomiczna dodaje, że im więcej będzie w społeczeństwie dobrze urządzonych interesów prywatnych oraz, że tak powiem, całych kaftanów, tym fundamenty społeczeństwa są trwalsze i tym lepiej się w nim gruntuje dobro powszechne. Tak tedy, zdobywając jedynie i wyłącznie dla siebie, właśnie tym samym zdobywam niejako dla wszystkich i zmierzam do tego, żeby mój bliźni dostał coś więcej niż rozdartą opończę, i to już nie z racji prywatnej, jednostkowej szczodrobliwości, lecz wskutek ogólnego dobrobytu. Myśl prosta, ale niestety zbyt długo nie rozumiana, przesłonięta egzaltacją i marzycielstwem.”
A Lebieziatnikow odnośnie „wspomożenia” Sonii przez Łużyna dodawał: „Wszystko słyszałem i wszystko widziałem. To szlachetnie… właściwie chciałem rzec: humanitarnie! Pragnął pan uniknąć wdzięczności, widziałem! I chociaż – wyznam – zasadniczo nie pochwalam dobroczynności prywatnej, gdyż ona nie tylko nie usuwa zła radykalnie, lecz owszem, jeszcze je wzmaga, niemniej przeto muszę wyznać, że patrzałem na pański uczynek z przyjemnością – tak, tak, mnie się to podoba.”
Dla każdego prawdziwego dobroczyńcy korzyść powinna być obustronna. (Udowodnił to w ostatnich czasach Muhammad Yunus ze swym Grameen Bank.) Wyświadczając dobro sobie, wyświadcza ludzkości. Kochając siebie, kocha ludzi i na odwrót. Dla mizantropa obustronna jest również nienawiść. Nienawidząc ludzi, nienawidzi siebie, kochając ludzi, jeszcze bardziej się rozczula nad sobą, widząc swe czyste intencje i tym bardziej nienawidzi ludzi stających mu na drodze, głównie dlatego, że być może stają na drodze swemu własnemu dobru. Nie widzą, że to, co robi, czyni z miłości do nich. A najbardziej go drażni, że ludzie mogą traktować go, jak on do tej pory ich traktował – że będą widzieć w nim potrzebującego. To dlatego Raskolnikow za każdym razem odmawia przyjęcia pomocy, to dlatego wścieka się na Razumichina, który pilnuje go na każdym kroku, to dlatego bezlitośnie wygania wszystkich ze swego pokoju, chcąc, by go zostawili w spokoju. Przeraża go, że on, kochający ich i pragnący ich dobra, chcąc im pomóc, sam potrzebuje pomocy. Rolę, jaką sobie wybrał, rozumie tylko jednostronnie. To on pomaga, to on ma plany, to on ma idee, inni służą tylko ich realizacji, są narzędziami lub przypadkowymi ofiarami, nic więcej. I nie może się pogodzić, że to on może być ich ofiarą, ich narzędziem, że to ktoś będzie z nim grał. Dlatego tak ciężko znosi gierki Porfirego. On chce kreować, a narzucane mu role przerażają go. Najlepiej ukazuje to scena w domu Razumichina, którego odwiedził, by poprosić przyjaciela o pomoc, i to, co bezpośrednio po niej zaszło podczas powrotu Raskolnikowa do domu.
„Raskolnikow wziął w milczeniu kartki niemieckiego artykułu, wziął trzy ruble i wyszedł bez słowa. Razumichin ze zdziwieniem popatrzył za nim. Ale już dotarłszy do pierwszej przecznicy Raskonikow nagle zawrócił, znowu poszedł na górę do Razumichina i położywszy na stole niemieckie kartki i trzy ruble, znów wyniósł się bez słówka.
- Chyba na głowę upadłeś czy co! – ryknął rozwścieczony nareszcie Razumichin. – Co ty mi tu za komedie wyprawiasz! Nawet mnie samego zmyliłeś… Po kiego licha przyłaziłeś w takim razie, diable rogaty!
- Nie potrzeba… przekładów… - mruknął Raskolnikow już na schodach.
- Więc jakiejże ci cholery potrzeba? – wołał Razumichin z góry. Tamten w milczeniu szedł dalej.
- Te! Powiedz przynajmniej, gdzie mieszkasz?
Odpowiedzi się nie doczekał.
- No to idź sobie do czar-r-rta!…
Lecz Raskolnikow wychodził już na ulicę. Na moście Nikołajewskim raz jeszcze ocknął się zupełnie wskutek pewnego zajścia, wielce dlań niemiłego. Mocno ściągnął go batem po plecach któryś woźnica za to, że omal nie wlazł pod konie, jakkolwiek ów woźnica trzy czy cztery razy ostrzegał go krzykiem. Uderzenie biczem tak Raskolnika rozzłościło, że odskoczywszy pod barierę (gdyż nie wiedzieć czemu szedł środkiem mostu, jezdnią, nie zaś chodnikiem), gniewnie zgrzytnął i zaszczękał zębami. Naturalnie, dokoła rozległ się śmiech.
- Ma za swoje!
- Jakiś cwaniak.
- Wiadomo: odstawia pijanego, umyślnie lezie pod koła, a ty mu później płać odszkodowanie.
Ale w chwili gdy stał pod barierą i wciąż jeszcze bezmyślnie, ze złością patrzał za oddalającym się powozem, rozcierając sobie grzbiet, poczuł nagle, że ktoś mu wtyka do ręki pieniądze. Obejrzał się: leciwa jakaś kupcowa, w stroiku na głowie i w kozłowych trzewikach, a przy niej dziewczynka w kapeluszu i z zieloną parasolką, widocznie jej córka. „Weź to, kochaneczku, w imię Boże.” Wziął, a one poszły dalej. Moneta była dwudziestką. Sądząc po ubraniu i wyglądzie, łatwo mogły go wziąć za żebraka, za prawdziwego ulicznego zbieracza groszy, jałmużnę zaś w wysokości aż dwudziestu kopiejek zawdzięczał z pewnością chlaśnięciu biczem, które wzbudziło w nich współczucie.
Zacisnął pieniążek w ręce, zrobił jakie dziesięć kroków i zwrócił się twarzą do Newy, w kierunku pałacu. Na niebie ani chmurki, woda prawie błękitna – rzecz w Newie tak rzadka. Kopuła soboru – która z żadnego punktu nie zarysowuje się lepiej, niż gdy na nią patrzeć stąd, z mostu, o dwadzieścia kroków od kaplicy – aż promieniała, a przeźrocze powietrze pozwalało dojrzeć każdy jej ornament. Ból od smagnięcia uśmierzył się i Raskolnikow zapomniało zajściu, niepodzielnie pochłaniała go teraz pewna myśl trwożna i nie całkiem jasna. Stał i patrzał w dal – długo, uważnie; to miejsce było mu szczególnie znajome. Kiedy chodził na uniwersytet, zdarzyło mu się ze sto razy – najczęściej w drodze powrotnej do domu – przystawać w tym właśnie miejscu, pilnie się wpatrywać w tę rzeczywiście przepyszną panoramę i dziwić się mętnemu i nierozwikłanemu wrażeniu, które go za każdym prawie razem ogarniało. Jakiś niewytłumaczony chłód wiał zawsze na niego od tej wspaniałej panoramy; ten cudny obraz był dlań głuchy, milczący… Za każdym razem był zaskoczony tym ponurym, zagadkowym wrażeniem; nie ufając sobie, odkładał rozwiązanie tej zagadki na później. Teraz ostro mu się nagle przypomniały te jego dawniejsze pytania i zdziwienia; i wydało mu się, że nie bez kozery przypomniał je sobie właśnie teraz. Już to samo było dzikie i cudaczne, że oto przystanął w tym miejscu co dawniej, jak gdyby naprawdę wyobraził sobie, że może myśleć teraz o tym samym co dawniej, interesować się tymi samymi tematami i widokami, jakimi się interesował… tak jeszcze niedawno. Omal go to nie rozśmieszyło, a zarazem pierś ścisnęła mu się aż do bólu. Jak gdyby w jakiejś bezdennej otchłani, gdzieś tak głęboko w dole, że ledwie widać, przebywa teraz cała ta miniona przeszłości i minione myśli, i minione zagadnienia, i minione tematy, i minione wrażenia, i ta cała panorama, i on sam, i wszystko, wszystko… A on, Raskolnikow, ulatuje gdzieś do góry i wszystko znika mu z oczu… Przy jakimś mimowolnym geście poczuł zaciśniętą w pięści dwudziestkę. Rozprostował palce, bacznie spojrzał na pieniążek i z rozmachem cisnął go do wody; następnie odwrócił się i ruszył do domu. Miał wrażenie, że w tej chwili odciął się od wszystkiego i wszystkich jak gdyby nożycami”.
Cytowany Rousseau pisał: „Ale ja, od nich i od wszystkiego oderwany, czymże sam jestem? Dociekanie tego, to jedyne, co mi pozostało. (…) Jest to próba, przez którą trzeba mi koniecznie przejść, abym od nich dotarł do siebie.” Raskolnikow też podąża tą drogą, z tą jednak różnicą, że w przeciwieństwie do Jana Jakuba nie ma już żadnego punktu oparcia. Wszystkie jego myśli okazują się rojeniami i halucynacjami wynikającymi z choroby lub upału (jak w Obcym Alberta Camusa). Zachwianie postawy jest jednoznaczne z zachwianiem idei. Cóż bowiem usłyszy od Swidygajłowa?
„- Bo jak się zwykle mówi? – mruczał Swidrygajłow jak gdyby do siebie, patrząc w bok i trochę przekrzywiwszy głowę. – Mówią: „Tyś chory, a zatem wszystko, co ci się ukazuje, jest tylko nie istniejącym majakiem!” Ja w tym nie widzę ścisłej logiki. Zgadzam się, że duchy tylko chorym się ukazują; lecz wszakże to stanowi jedynie dowód tego, że duchy mogą się ukazywać wyłącznie chorym, wcale zaś nie tego, że one w ogóle nie istnieją.”
Odtąd zaczyna sobie uświadamiać, że żył i żyje halucynacjami. Wpisane i wynikające z rzeczywistości idee mizantropa-Raskolnikowa upadają, bo podważa je swoją niekonsekwentną postawą, czy, jak sam o tym mówi, pytaniami o ich możliwość. Podczas spowiedzi, którą odbył wobec Sonii, mówi:
„Albo skoro zadaję sobie pytanie: czy człowiek jest wszą? więc widocznie człowiek nie jest wszą dla mnie, jest nią zaś dla takiego, komu to wcale nie przychodzi do głowy i kto działa wprost, bez pytania…”
Rzeczywistość zewnętrzna i wewnętrzna Raskolnikowa-zbrodniarza, mizantropa, którzy urzeczywistnił swoją nienawiść, zapominając o miłości, która kazała mu nienawidzić, jest już niespójna. Co drugie zdanie z próby wytłumaczenia Sonii swej drogi zajmuje nerwowe: „Nie, to nie to”, a niepewność przeczy mizantropii. W niej liczy się tylko świadomość i konsekwencja. Dostojewski zamyka swego bohatera między snem a halucynacją, między miłością a nienawiścią, pozbawiając go tym samym uczucia zadomowienia w jego „ja”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz