Czy
Raskolnikow dojrzał w sobie „innego”? Jeżeli tak, to nie bez powodu sam sobie
zaprzecza.
„Zły jestem,
widzę to – myślał po chwili, zawstydzony, że z taką opryskliwością machnął
siostrze ręką. – Ale dlaczego one tak mnie kochają, skorom tego niewart?! Och,
gdybym był jeden i nikt mnie nie kochał, i gdybym ja także nigdy nikogo nie
kochał! Nie byłoby tego wszystkiego!
Ciekawe, czy naprawdę przez te przyszłe piętnaście, dwadzieścia lat moja dusza
tak się już skruszy, że będę pokornie chlipał wobec ludzi, co drugie słowo
nazywając siebie zbójem? Niewątpliwie! Po to właśnie zsyłają mnie teraz,
właśnie tego im potrzeba… Oto łażą sobie ulicami tam i z powrotem, a przecież
każdy z nich jest łotrem i zbójem już z samej natury; gorzej – bo idiotą! Ale
spróbujcie no nie zesłać mnie na Sybir, a wszyscy oni wściekną się ze
szlachetnego oburzenia! O, jak ja ich wszystkich nienawidzę!”
Nie jest to
oczywiście prosta i skruszona świadomość indywidualnej grzeszności, nie jest to
tym bardziej samokrytyka (nie mówiąc już o godnym pochwały „złym mniemaniu o
sobie”). Mamy tu do czynienia z krytyką człowieka w ogóle, a tym samym, jak
zaraz to zobaczymy, z problemem tożsamości bohatera. Raskolnikow kochając i
pragnąc dobra ludzkości (w stylu: „tak dużo można by zrobić”), zdaje sobie
sprawę (również na swoim przykładzie) z naturalnego i historycznego zła
tkwiącego w człowieku. Sam będąc pod wpływem tego zła, jak i tego dobra, jednocześnie
kocha i nienawidzi ułomnego i wymagającego ciągłej pomocy człowieka. Taką
postawę można nazwać mizantropią, przy czym w tak rozumianej mizantropii
nienawiść musi iść w parze z miłością. Mizantrop manifestuje swoją nienawiść,
ale pobudką do jej okazywania jest właśnie miłość. Uczucia, które lęgną się w
mizantropie, są wymieszane i niekonsekwentne, nagłe wybuchy złości i nienawiści
to uboczny skutek chęci widzenia człowieka takim, jakim nie jest. Ale
Raskolnikow nie może powtórzyć zdania Rousseau z Marzeń
samotnego wędrowca: „Byłbym kochał ludzi, na przekór im samym.” Postawa
Jana Jakuba była
niezwykle emocjonalna, postawa Rodiona jest przeintelektualizowana.
Nie pamiętam
już, kto stawiał tezę, że Chrystus był mizantropem, ale coś w tej myśli jest.
Umiłował, bo widział nędzę człowieka, ale samej nędzy nie kochał, przeciwnie,
nienawidził, i właśnie ta nienawiść, wobec przyrodzonej nędzy, gatunkowego
idiotyzmu i naturalnej skłonności do zła objawia się u tych, których nazywamy
mizantropami. W historii XX wieku znajdziemy niejednego mizantropa, a może
najbardziej jaskrawym przykładem z naszego podwórka jest Janusz Korczak. Kochał on bowiem dzieci nie
dla ich dobra i czystości. Jeżeli mógłby powtórzyć za Chrystusem „do nich należy królestwo niebieskie”, to
tylko w tym sensie, że tylko do nich ono jeszcze może należeć. Dorośli są na
właściwej drodze albo, wręcz przeciwnie, na straconej. Nikt i nic im raczej nie
pomoże. Postawę dzieci można jeszcze kształtować i trzeba to robić z całą
stanowczością, a nawet brutalnością. Narzucać im pewne normy, sądzić, kary
zamienić w bezlitosne i nieliczące się z ich zdaniem konsekwencje.
Różnica jednak
między Korczakiem i Chrystusem a Raskolnikowem jest taka, że ten ostatni tak
dalece zagubił się w sprzecznych uczuciach, że nie był już w stanie wprząc
nienawiść w dzieło miłości. Dobro dla Raskolnikowa stało się jakąś grą i
prywatną katorgą, wyrazem nienawiści do człowieka i, a nawet przede wszystkim,
siebie.
„Tfu, jak ci
ludzie potrącają! Na przykład ten grubas – Niemiec zapewne – który mnie
potrącił: czyż wie, kogo potrącił? Baba z dzieckiem prosi jałmużny; ciekawe, że
uważa mnie za szczęśliwszego od siebie. Ha, można by coś jej dać – ot, dla
kawału. Oho, zachował mi się w kieszeni piątak. Skąd? … Macie tu, matko…
weźcie!”
Zewnętrznie
jest to gest dobrodziejstwa, wewnętrznie kolejny policzek wymierzany swemu
człowieczeństwu. Gestem tym Raskolnikow komentuje i ocenia wszystkie wcześniejsze
jałmużny, które dał, które otrzymał i których wręczania był świadkiem. W takim
odniesieniu gest Raskolnikowi zdaje się jeszcze bardziej rozpaczliwy.
Łużyc mówił:
„Frazes! Jeżeli na przykład nakazywano mi dotychczas ‘miłuj bliźniego’, i ja go
umiłowałem, to jaki był skutek? Skutek był ten, żem rozdzierał opończę na pół,
dzieliłem się z bliźnim, i obaj zostawaliśmy na wpół nadzy (…). Nauka zaś
powiada: ukochaj przede wszystkim siebie, wszystko bowiem w świecie zasadza się
na korzyści osobistej. Gdy ukochasz tylko siebie, to i własne interesy
poprowadzisz jak należy, i opończa twoja będzie cała. A wiedza ekonomiczna
dodaje, że im więcej będzie w społeczeństwie dobrze urządzonych interesów
prywatnych oraz, że tak powiem, całych kaftanów, tym fundamenty społeczeństwa
są trwalsze i tym lepiej się w nim gruntuje dobro powszechne. Tak tedy,
zdobywając jedynie i wyłącznie dla siebie, właśnie tym samym zdobywam niejako
dla wszystkich i zmierzam do tego, żeby mój bliźni dostał coś więcej niż
rozdartą opończę, i to już nie z racji prywatnej, jednostkowej
szczodrobliwości, lecz wskutek ogólnego dobrobytu. Myśl prosta, ale niestety
zbyt długo nie rozumiana, przesłonięta egzaltacją i marzycielstwem.”
A
Lebieziatnikow odnośnie „wspomożenia” Sonii przez Łużyna dodawał: „Wszystko
słyszałem i wszystko widziałem. To
szlachetnie… właściwie chciałem rzec: humanitarnie! Pragnął pan uniknąć
wdzięczności, widziałem! I chociaż – wyznam – zasadniczo nie pochwalam
dobroczynności prywatnej, gdyż ona nie tylko nie usuwa zła radykalnie, lecz
owszem, jeszcze je wzmaga, niemniej przeto muszę wyznać, że patrzałem na pański
uczynek z przyjemnością – tak, tak, mnie się to podoba.”
Dla każdego
prawdziwego dobroczyńcy korzyść powinna być obustronna. (Udowodnił to w
ostatnich czasach Muhammad Yunus ze swym Grameen Bank.) Wyświadczając dobro
sobie, wyświadcza ludzkości. Kochając siebie, kocha ludzi i na odwrót. Dla
mizantropa obustronna jest również nienawiść. Nienawidząc ludzi, nienawidzi
siebie, kochając ludzi, jeszcze bardziej się rozczula nad sobą, widząc swe
czyste intencje i tym bardziej nienawidzi ludzi stających mu na drodze, głównie
dlatego, że być może stają na drodze swemu własnemu dobru. Nie widzą, że to, co
robi, czyni z miłości do nich. A najbardziej go drażni, że ludzie mogą
traktować go, jak on do tej pory ich traktował – że będą widzieć w nim
potrzebującego. To dlatego Raskolnikow za każdym razem odmawia przyjęcia
pomocy, to dlatego wścieka się na Razumichina, który pilnuje go na każdym
kroku, to dlatego bezlitośnie wygania wszystkich ze swego pokoju, chcąc, by go
zostawili w spokoju. Przeraża go, że on, kochający ich i pragnący ich dobra,
chcąc im pomóc, sam potrzebuje pomocy. Rolę, jaką sobie wybrał, rozumie tylko
jednostronnie. To on pomaga, to on ma plany, to on ma idee, inni służą tylko
ich realizacji, są narzędziami lub przypadkowymi ofiarami, nic więcej. I nie
może się pogodzić, że to on może być ich ofiarą, ich narzędziem, że to ktoś
będzie z nim grał. Dlatego tak ciężko znosi gierki Porfirego. On chce kreować,
a narzucane mu role przerażają go. Najlepiej ukazuje to scena w domu
Razumichina, którego odwiedził, by poprosić przyjaciela o pomoc, i to, co
bezpośrednio po niej zaszło podczas powrotu Raskolnikowa do domu.
„Raskolnikow
wziął w milczeniu kartki niemieckiego artykułu, wziął trzy ruble i wyszedł bez
słowa. Razumichin ze zdziwieniem popatrzył za nim. Ale już dotarłszy do
pierwszej przecznicy Raskonikow nagle zawrócił, znowu poszedł na górę do
Razumichina i położywszy na stole niemieckie kartki i trzy ruble, znów wyniósł
się bez słówka.
- Chyba na
głowę upadłeś czy co! – ryknął rozwścieczony nareszcie Razumichin. – Co ty mi
tu za komedie wyprawiasz! Nawet mnie samego zmyliłeś… Po kiego licha
przyłaziłeś w takim razie, diable rogaty!
- Nie
potrzeba… przekładów… - mruknął Raskolnikow już na schodach.
- Więc
jakiejże ci cholery potrzeba? – wołał Razumichin z góry. Tamten w milczeniu
szedł dalej.
- Te! Powiedz
przynajmniej, gdzie mieszkasz?
Odpowiedzi się
nie doczekał.
- No to idź
sobie do czar-r-rta!…
Lecz Raskolnikow
wychodził już na ulicę. Na moście Nikołajewskim raz jeszcze ocknął się zupełnie
wskutek pewnego zajścia, wielce dlań niemiłego. Mocno ściągnął go batem po
plecach któryś woźnica za to, że omal nie wlazł pod konie, jakkolwiek ów
woźnica trzy czy cztery razy ostrzegał go krzykiem. Uderzenie biczem tak
Raskolnika rozzłościło, że odskoczywszy pod barierę (gdyż nie wiedzieć czemu
szedł środkiem mostu, jezdnią, nie zaś chodnikiem), gniewnie zgrzytnął i
zaszczękał zębami. Naturalnie, dokoła rozległ się śmiech.
- Ma za swoje!
- Jakiś
cwaniak.
- Wiadomo:
odstawia pijanego, umyślnie lezie pod koła, a ty mu później płać odszkodowanie.
Ale w chwili
gdy stał pod barierą i wciąż jeszcze bezmyślnie, ze złością patrzał za
oddalającym się powozem, rozcierając sobie grzbiet, poczuł nagle, że ktoś mu
wtyka do ręki pieniądze. Obejrzał się: leciwa jakaś kupcowa, w stroiku na
głowie i w kozłowych trzewikach, a przy niej dziewczynka w kapeluszu i z
zieloną parasolką, widocznie jej córka. „Weź to, kochaneczku, w imię Boże.”
Wziął, a one poszły dalej. Moneta była dwudziestką. Sądząc po ubraniu i
wyglądzie, łatwo mogły go wziąć za żebraka, za prawdziwego ulicznego zbieracza
groszy, jałmużnę zaś w wysokości aż dwudziestu kopiejek zawdzięczał z pewnością
chlaśnięciu biczem, które wzbudziło w nich współczucie.
Zacisnął
pieniążek w ręce, zrobił jakie dziesięć kroków i zwrócił się twarzą do Newy, w
kierunku pałacu. Na niebie ani chmurki, woda prawie błękitna – rzecz w Newie
tak rzadka. Kopuła soboru – która z żadnego punktu nie zarysowuje się lepiej,
niż gdy na nią patrzeć stąd, z mostu, o dwadzieścia kroków od kaplicy – aż
promieniała, a przeźrocze powietrze pozwalało dojrzeć każdy jej ornament. Ból
od smagnięcia uśmierzył się i Raskolnikow zapomniało zajściu, niepodzielnie pochłaniała
go teraz pewna myśl trwożna i nie całkiem jasna. Stał i patrzał w dal – długo,
uważnie; to miejsce było mu szczególnie znajome. Kiedy chodził na uniwersytet,
zdarzyło mu się ze sto razy – najczęściej w drodze powrotnej do domu –
przystawać w tym właśnie miejscu, pilnie się wpatrywać w tę rzeczywiście
przepyszną panoramę i dziwić się mętnemu i nierozwikłanemu wrażeniu, które go
za każdym prawie razem ogarniało. Jakiś niewytłumaczony chłód wiał zawsze na
niego od tej wspaniałej panoramy; ten cudny obraz był dlań głuchy, milczący… Za
każdym razem był zaskoczony tym ponurym, zagadkowym wrażeniem; nie ufając
sobie, odkładał rozwiązanie tej zagadki na później. Teraz ostro mu się nagle
przypomniały te jego dawniejsze pytania i zdziwienia; i wydało mu się, że nie
bez kozery przypomniał je sobie właśnie teraz. Już to samo było dzikie i
cudaczne, że oto przystanął w tym miejscu co dawniej, jak gdyby naprawdę
wyobraził sobie, że może myśleć teraz o tym samym co dawniej, interesować się
tymi samymi tematami i widokami, jakimi się interesował… tak jeszcze niedawno.
Omal go to nie rozśmieszyło, a zarazem pierś ścisnęła mu się aż do bólu. Jak
gdyby w jakiejś bezdennej otchłani, gdzieś tak głęboko w dole, że ledwie widać,
przebywa teraz cała ta miniona przeszłości i minione myśli, i minione
zagadnienia, i minione tematy, i minione wrażenia, i ta cała panorama, i on
sam, i wszystko, wszystko… A on, Raskolnikow, ulatuje gdzieś do góry i wszystko
znika mu z oczu… Przy jakimś mimowolnym geście poczuł zaciśniętą w pięści dwudziestkę.
Rozprostował palce, bacznie spojrzał na pieniążek i z rozmachem cisnął go do
wody; następnie odwrócił się i ruszył do domu. Miał wrażenie, że w tej chwili
odciął się od wszystkiego i wszystkich jak gdyby nożycami”.
Cytowany
Rousseau pisał:
„Ale ja, od nich i od wszystkiego oderwany, czymże sam jestem? Dociekanie tego,
to jedyne, co mi pozostało. (…) Jest to próba, przez którą trzeba mi koniecznie
przejść, abym od nich dotarł do siebie.” Raskolnikow też podąża tą drogą, z tą
jednak różnicą, że w przeciwieństwie do Jana Jakuba nie ma już żadnego punktu oparcia. Wszystkie
jego myśli okazują się rojeniami i halucynacjami wynikającymi z choroby lub
upału (jak w Obcym Alberta Camusa). Zachwianie postawy jest jednoznaczne
z zachwianiem idei. Cóż bowiem usłyszy od Swidygajłowa?
„- Bo jak się
zwykle mówi? – mruczał Swidrygajłow jak gdyby do siebie, patrząc w bok i trochę
przekrzywiwszy głowę. – Mówią: „Tyś chory, a zatem wszystko, co ci się ukazuje,
jest tylko nie istniejącym majakiem!” Ja w tym nie widzę ścisłej logiki.
Zgadzam się, że duchy tylko chorym się ukazują; lecz wszakże to stanowi jedynie
dowód tego, że duchy mogą się ukazywać wyłącznie chorym, wcale zaś nie tego, że
one w ogóle nie istnieją.”
Odtąd zaczyna
sobie uświadamiać, że żył i żyje halucynacjami. Wpisane i wynikające z
rzeczywistości idee mizantropa-Raskolnikowa upadają, bo podważa je swoją
niekonsekwentną postawą, czy, jak sam o tym mówi, pytaniami o ich możliwość.
Podczas spowiedzi, którą odbył wobec Sonii, mówi:
„Albo skoro
zadaję sobie pytanie: czy człowiek jest wszą? więc widocznie człowiek nie jest
wszą dla mnie, jest nią zaś dla
takiego, komu to wcale nie przychodzi do głowy i kto działa wprost, bez
pytania…”
Rzeczywistość
zewnętrzna i wewnętrzna Raskolnikowa-zbrodniarza, mizantropa, którzy
urzeczywistnił swoją nienawiść, zapominając o miłości, która kazała mu
nienawidzić, jest już niespójna. Co drugie zdanie z próby wytłumaczenia Sonii
swej drogi zajmuje nerwowe: „Nie, to nie to”, a niepewność przeczy mizantropii.
W niej liczy się tylko świadomość i konsekwencja. Dostojewski zamyka swego bohatera między snem a
halucynacją, między miłością a nienawiścią, pozbawiając go tym samym uczucia
zadomowienia w jego „ja”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz