Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami było królestwo.
Nie mówię, że „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami”, licząc z pozycji, w
której się znajduję, więc biorąc pod uwagę, że na świecie, który zamieszkujemy,
znajduje się więcej niż siedem gór oraz więcej niż siedem rzek, akcja naszej
historii – bo nie jest to bajka, choć jak bajka być może się zaczyna – mogłaby
mieć miejsce w każdym ziemskim zakątku. Nie mówię też – mam nadzieję, że to
zauważyliście – że było to „dawno, dawno temu”, wcale nie, mogło być oczywiście
dawno, ale równie dobrze – to jest nawet bardziej prawdopodobne – historia ta
mogła rozegrać się zupełnie niedawno. Nieważne. Ważne jest, że było królestwo,
a w nim król. Dobry król. Bardzo dobry. Większość mieszkańców królestwa mówiła,
że najlepszy z możliwych.
Po wioskach krążyły na temat królewskiej dobroci różne
opowieści.
Jedni mówili, że pewnego razu do króla wybrał się
wieśniak, by prosić go o pozwolenie zbierania drewna na opał w królewskich
lasach. Król nie mówiąc ani słowa, zgodził się na to. Zachęcony tym wieśniak
wrócił przed oblicze pana, by poprosić o pozwolenie łowienia ryb w królewskich
rzekach i stawach. Dostał je, znów bez słowa. To go ośmieliło do kolejnego
kroku. Poprosił o obniżenie podatku. Towarzysze owego odważnego – a może
szalonego? – kmiotka, gdy dowiedzieli się, z czym zamierza pójść do króla,
odradzali mu to. Ale ten poszedł. Podatki zostały obniżone. Odtąd poddanym
króla nie zbywało na niczym i żyło im się wspaniale.
Drudzy przytaczali inną wersję tych samych zdarzeń.
Twierdzili, że to król z własnej woli zainteresował się losem poddanych. Wezwał
herolda i powiedział mu, aby kolejno ogłosił, że jego poddani zyskują możliwość
zbierania opału w jego lesie, łowienia ryb w jego rzekach, itepe, itede, a w
końcu kazał znacznie obniżyć podatki.
Oczywiście, a jakże, znaleźli się i tacy, którzy
oczerniali króla. Niejaki K. (nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto ma czelność
oczernić króla, nie ma odwagi ujawnić swojego nazwiska?) twierdził, że przed
oblicze władcy na Zamku nijak dostać się nie można. Dwaj bracia – Vladimir i
Estragon (zachodzę w głowę, skąd to idiotyczne imię drugiego z braci? Może ich
matka była zielarką bądź wiedźmą? Takie przypuszczenie potwierdzałoby zresztą
złośliwość obu braci) – twierdzili, że król chciał wysłuchać ich próśb, i aby
tego dokonać, wyznaczył im spotkanie w jednej z galerii zamku. Bracia
codziennie tam przychodzili, i czekali, ale na darmo. Król nigdy do nich nie
przyszedł. Wracali do domu z niczym.
Poza tą trójką złośliwych – ci zawsze i wszędzie (na
podobieństwo okoliczności naszej historii) znajdą się wśród ludzi – nikt w
królestwie nie narzekał, a ci, którzy ośmielali się oczerniać króla, robili to
chyba nie dlatego, że rzeczywiście mieli coś królowi do zarzucenia, ale raczej
dlatego, że nie mieli ku temu powodów, a – jak to złośliwi mają w zwyczaju –
bardzo chcieli mieć takie powody. Niezbitym faktem jest bowiem, że w królestwie
żyło się wszystkim wspaniale. Tak wspaniale, że ludzie postanowili podziękować
królowi. Przychodzili pod zamek i wywoławszy go na balkon, skandowali słowa
podziękowania. Król uśmiechał się tylko.
Ludzie poszli dalej w swej wdzięczności. Krawiec
podarował królowi wspaniałe szaty, na wykonanie których zużył cały zapas
najdroższych tkanin. Szewc podarował bardzo drogie buty. Jakaś kobieta olejek
do smarowania nóg. I tak, każdy mieszkaniec królestwa obdarował czymś swojego
króla. Król przyjął wszystkie podarki ludzi. Niektórzy twierdzili, że po tym,
jak król przyjął podarunki swoich poddanych, stał się jeszcze bardziej hojny.
Inni, z większym dystansem oceniający sytuację, dowodzili, że to tylko
złudzenie, i że, okazując królowi wdzięczność, spodziewali się, że król okaże
swoją wspaniałomyślność, a doświadczając dobroci króla – tej samej, która
poprzedziła ich wdzięczność – biorą ją za spodziewaną królewską reakcję, która
w rzeczywistości nie nastąpiła. Jakkolwiek było, ludzie na tym nie poprzestali.
Następnym razem, gdy przyszli pod okno króla, by wywołać go z królewskiej
komnaty, zaczęli skandować:
- Kochamy cię, kochamy cię, królu.
Otwarło się okno. Ludzie ujrzeli króla i jeszcze głośniej
zaczęli krzyczeć. Ale król podniósł dłoń. Zapadła cisza. Z bijącymi sercami
ludzie czekali na słowa króla – i to pierwsze słowa, bo nikt, nawet oszczercy
(ci tym bardziej), nigdy nie twierdził, że słyszał króla. W końcu król
przemówił. Powiedział...
No właśnie. Co powiedział król? Na to pewnie nikt by nie wpadł. J’ignore son idéal – jakby powiedział Rimbaud.
- A ja was
nienawidzę…
Każdy z trzech
oszczerców komentował:
- A nie
mówiłem?
Ale nikt,
bardziej niż oni, nie mylił się w ocenie króla.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz