Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

piątek, 17 kwietnia 2020

Na progu „ja” – Kartezjusz i Mallarmé


Kiedy Kartezjusz niszczył w sobie wszystko, co fałszywe, cierpiał jakby wyzbywał się siebie. Negacja przeszłości była równa negacji siebie z przeszłości, a tym samem i przyszłości – cała wiedza i pewność stała się nagle nieprzydatna. Kartezjusz znalazł się poza czasem, osiągnął punkt zero, w którym entuzjazm i rozpacz były na równi umotywowane. Uratować go mogło tylko stworzenie nowego „ja”, w oparciu o bieżącą chwilę. To refleksja nad teraźniejszością wyrażona słynnym cogito ergo sum określiła jego tożsamość.
Podobne doświadczenie, ultrakartezjańskie – jak pisze Poulet – stało się udziałem Stefana Mallarmégo. W latach 1866-67 Mallarmé przeżył załamanie, które doprowadziło go do zwątpienia we własne „ja”. Do tej pory Mallarmé lokował swoje „ja” w sferze idealnej, sferze marzeń wyzwolonych od rzeczywistości. Teraz nagle przekonał się, że rzeczywistość rządzona przez nieznośny dla jego umysłu przypadek jest o wiele bardziej prawdziwa niż władza nierealnego i nieistniejącego Ideału. Gdzie więc jest miejsce na jego „ja”? W rzeczywistości, którą neguje, czy w niebycie Ideału?
Na tym doświadczeniu Mallarmé oparł nowy etap swoich poetyckich poszukiwań. Ich efektem było „zmartwychwstanie ja”, lecz nie „po śmierci”, ale – jak sam zaznacza – „dzięki śmierci”. Śmierć w ujęciu Mallarmégo staje się bowiem nie biernym przyjmowaniem snu, ale aktem woli, jedynym możliwym wyborem. Doświadczenie to poeta opisał w jednym ze swoich dzieł. Jest nim dyptyk Igitur składający się z Północy i Wyjścia z pokoju (cóż za Beckettowskie tytuły!).
Pierwszy z nich jest opisem „śmierci”, drugi „zmartwychwstania”.
Śmierć to „obecność północy”. Północ to swego rodzaju logiczna aporia. Istotą bowiem tarczy zegara jest jego dynamiczność, moment, w którym kończy się jedna godzina, jest momentem rozpoczęcia godziny następnej. Nie ma niczego pomiędzy godzinami, żadnej granicy (jak w logicznej zasadzie wyłączonego środka). Godzina oznaczana cyframi: 11.59 należy do godziny Dwunastej tak samo jak 12.00, nie różni ich nic. Północ (12.00) jako moment przejścia do godziny 0.01 nie trwa, nie ma swego czasowego środowiska, jest tylko nieuchwytną, i w pewnym sensie nieistniejącą, granicą między godzinami. Północ to moment niezwiązany ani z przeszłością, ani przyszłością. Jest dziełem abstrakcyjnego umysłu i powołanie jej do istnienia wynika z aktu woli, Północy nie ma, Północ staje się, zostaje stworzona.
Skądinąd aporia czasu jest jeszcze bardziej skomplikowana: logicznie rzecz biorąc Północy, tak samo jak i teraźniejszości, nie ma, żadna z nich nie istnieje. Przeszłość i przyszłość są, bo jedna była, a druga będzie. Teraźniejszości nie ma, bo chwila, o której orzekamy, że jest teraźniejszością, w momencie, gdy wypowiadamy nasz sąd, staje się już przeszłością. Z drugiej strony to właśnie tylko teraźniejszość istnieje, bo tylko ona jest przeżywana w każdej pojedynczej chwili. Przeszłość i przyszłość zaś to czas albo martwy, albo potencjalny, a więc tak czy siak nieistniejący.
Z początku w dziele Mallarmégo mamy do czynienia z pierwszą wersją tej aporii na temat czasu. Poetycki umysł każe istnieć niemożliwej chwili.
Absurdalność Północy można jeszcze lepiej zilustrować „rokiem zerowym”, granicą między erami. Godzina 12.00 należy do 31 grudnia 1 r. p. n. e. Sekundę później mamy już godzinę 0.01 i 1 styczeń 1 r. n. e. Gdzie więc granica? Tutaj o Północy (jako granicy) w ogóle nie można mówić.
Jednak abstrakcyjna myśl poety stwarza ją. Skoro jest, musi być czymś, musi być gdzieś. Mallarmé opisuje Północ jako pusty pokój. Tu pojawia się kolejne zastrzeżenie: jeżeli pokój został stworzony siłą abstrakcyjnej myśli, oznacza to, że jest w jakiś sposób związany z przeszłością, ma swoją genezę. Mało tego, musi mieć też swój cel, zgodnie z którym został powołany do istnienia. To oznacza, że istota pustego pokoju (Północy-Śmierci) związana jest z przyszłością. Tu mamy do czynienia z drugą odmianą wspomnianej aporii. Północ nie istniej w teraźniejszości, wyraża się bowiem w przeszłości i przyszłości. Na tej samej zasadzie nie istnieje Śmierć (jako pewne trwanie, jako moment umieszczony w czasie), gdyż znajduje się między dokonanym życiem, a wiecznością śmierci czy niebytu (czymkolwiek śmierć jest).
Wracając do granicy między erami, moglibyśmy powiedzieć, że poprzednia era to „era przed Chrystusem”, nasza: „po Chrystusie”. Dzięki takiemu (językowemu bądź co bądź) sprecyzowaniu najważniejsze staje się wydarzenie centralne przywoływane słowem: Chrystys. Jednocześnie przez odniesienie przeszłości i przyszłości do tego wydarzenia (przed, po), zostają one wzmocnione w swoim istnieniu.
Tymczasem Mallarmé dookreśla istotę Północy. Stworzenie Północy dało asumpt do powrotu przeszłości i przyszłości, ale o dziwo tylko jedna z nich „przeżyje”. „Podczas Północy” umysł głównie zajmuje się swoją przeszłością, przeżywa wszystkie chwile, które minęły, przeżywa tak naprawdę wszystkie te śmierci, z których w przeszłości składało się jego istnienie. Mało tego, przeżywa jako przeszłość to, co minęło, ale nawet to, czego nie było, a co przeżył tylko w swych marzeniach. Marzenia, choć nigdy się nie spełniły, choć nigdy nie zaistniały, istnieją na takich samych prawach jak rzeczywiste zdarzenia, gdyż zostały stworzone i przeżyte w przeszłości. To wystarcza, by potwierdzić, że istniały i że były przeszłością, chociaż zdawały się sięgać przyszłości. Ale i to nie wszystko. Nie ma również teraźniejszości. Gdyby bowiem istniała teraźniejszość, to istniejące w teraźniejszości marzenia musiałyby się odnosić do nieistniejącej jeszcze przyszłości – a tej przecież nie ma. Przyszłość tworzona w przeszłości jest przeszłością i niczym więcej. I wówczas powraca „ja”, które wyobraziło sobie Północ jako pusty pokój. „Kłamstwo nieskończoności – jak pisał Mallarmé – zostaje zbadane”. „Ja” wreszcie nie ma wątpliwości, że „myśli i stwarza siebie”.
Wszystko to dzięki stworzeniu Niebytu (Północy), czyli (podobnie jak Kartezjusz) stworzeniu siły negującej, a następnie dzięki zanegowaniu go swoim istnieniem – zanegowaniu negacji. Najpierw negację trzeba było jednak stworzyć, trzeba było odpowiedzieć na pytanie: Czy Niebyt „jest” czy go „nie ma”?
Teraz „ja” może nawet zadecydować, że marzenie (które w punkcie wyjścia było fałszywe i nie istniało) stanie się prawdą i jedyną rzeczywistością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz