Kiedy Kartezjusz niszczył w sobie wszystko, co fałszywe,
cierpiał jakby wyzbywał się siebie. Negacja przeszłości była równa negacji
siebie z przeszłości, a tym samem i przyszłości – cała wiedza i pewność stała
się nagle nieprzydatna. Kartezjusz znalazł się poza czasem, osiągnął punkt
zero, w którym entuzjazm i rozpacz były na równi umotywowane. Uratować go mogło
tylko stworzenie nowego „ja”, w oparciu o bieżącą chwilę. To refleksja nad
teraźniejszością wyrażona słynnym cogito
ergo sum określiła jego tożsamość.
Podobne
doświadczenie, ultrakartezjańskie – jak pisze Poulet – stało się udziałem Stefana Mallarmégo. W latach 1866-67 Mallarmé
przeżył załamanie, które doprowadziło go do zwątpienia we własne „ja”. Do tej
pory Mallarmé lokował swoje „ja” w sferze idealnej, sferze marzeń wyzwolonych
od rzeczywistości. Teraz nagle przekonał się, że rzeczywistość rządzona przez
nieznośny dla jego umysłu przypadek jest o wiele bardziej prawdziwa niż władza
nierealnego i nieistniejącego Ideału. Gdzie więc jest miejsce na jego „ja”? W
rzeczywistości, którą neguje, czy w niebycie Ideału?
Na tym doświadczeniu
Mallarmé oparł nowy etap swoich poetyckich poszukiwań. Ich efektem było
„zmartwychwstanie ja”, lecz nie „po
śmierci”, ale – jak sam zaznacza – „dzięki śmierci”. Śmierć w ujęciu Mallarmégo staje się bowiem nie biernym przyjmowaniem snu,
ale aktem woli, jedynym możliwym wyborem. Doświadczenie to poeta opisał w
jednym ze swoich dzieł. Jest nim dyptyk Igitur
składający się z Północy i Wyjścia z pokoju (cóż za Beckettowskie tytuły!).
Pierwszy z
nich jest opisem „śmierci”, drugi „zmartwychwstania”.
Śmierć to
„obecność północy”. Północ to swego rodzaju logiczna aporia. Istotą bowiem
tarczy zegara jest jego dynamiczność, moment, w którym kończy się jedna
godzina, jest momentem rozpoczęcia godziny następnej. Nie ma niczego pomiędzy
godzinami, żadnej granicy (jak w logicznej zasadzie wyłączonego środka).
Godzina oznaczana cyframi: 11.59 należy do godziny Dwunastej tak samo jak
12.00, nie różni ich nic. Północ (12.00) jako moment przejścia do godziny 0.01
nie trwa, nie ma swego czasowego środowiska, jest tylko nieuchwytną, i w pewnym
sensie nieistniejącą, granicą między godzinami. Północ to moment niezwiązany
ani z przeszłością, ani przyszłością. Jest dziełem abstrakcyjnego umysłu i
powołanie jej do istnienia wynika z aktu woli, Północy nie ma, Północ staje
się, zostaje stworzona.
Skądinąd
aporia czasu jest jeszcze bardziej skomplikowana: logicznie rzecz biorąc
Północy, tak samo jak i teraźniejszości, nie ma, żadna z nich nie istnieje.
Przeszłość i przyszłość są, bo jedna była, a druga będzie. Teraźniejszości nie
ma, bo chwila, o której orzekamy, że jest teraźniejszością, w momencie, gdy
wypowiadamy nasz sąd, staje się już przeszłością. Z drugiej strony to właśnie
tylko teraźniejszość istnieje, bo tylko ona jest przeżywana w każdej
pojedynczej chwili. Przeszłość i przyszłość zaś to czas albo martwy, albo
potencjalny, a więc tak czy siak nieistniejący.
Z początku w
dziele Mallarmégo mamy do czynienia z pierwszą wersją tej aporii
na temat czasu. Poetycki umysł każe istnieć niemożliwej chwili.
Absurdalność
Północy można jeszcze lepiej zilustrować „rokiem zerowym”, granicą między
erami. Godzina 12.00 należy do 31 grudnia 1 r. p. n. e. Sekundę później mamy
już godzinę 0.01 i 1 styczeń 1 r. n. e. Gdzie więc granica? Tutaj o Północy
(jako granicy) w ogóle nie można mówić.
Jednak
abstrakcyjna myśl poety stwarza ją. Skoro jest, musi być czymś, musi być
gdzieś. Mallarmé opisuje Północ jako pusty pokój. Tu pojawia
się kolejne zastrzeżenie: jeżeli pokój został stworzony siłą abstrakcyjnej
myśli, oznacza to, że jest w jakiś sposób związany z przeszłością, ma swoją
genezę. Mało tego, musi mieć też swój cel, zgodnie z którym został powołany do
istnienia. To oznacza, że istota pustego pokoju (Północy-Śmierci) związana jest
z przyszłością. Tu mamy do czynienia z drugą odmianą wspomnianej aporii. Północ
nie istniej w teraźniejszości, wyraża się bowiem w przeszłości i przyszłości.
Na tej samej zasadzie nie istnieje Śmierć (jako pewne trwanie, jako moment
umieszczony w czasie), gdyż znajduje się między dokonanym życiem, a wiecznością
śmierci czy niebytu (czymkolwiek śmierć jest).
Wracając do
granicy między erami, moglibyśmy powiedzieć, że poprzednia era to „era przed
Chrystusem”, nasza: „po Chrystusie”.
Dzięki takiemu (językowemu bądź co bądź) sprecyzowaniu najważniejsze staje się
wydarzenie centralne przywoływane słowem: Chrystys. Jednocześnie przez
odniesienie przeszłości i przyszłości do tego wydarzenia (przed, po), zostają
one wzmocnione w swoim istnieniu.
Tymczasem
Mallarmé dookreśla
istotę Północy. Stworzenie Północy dało asumpt do powrotu przeszłości i
przyszłości, ale o dziwo tylko jedna z nich „przeżyje”. „Podczas Północy” umysł
głównie zajmuje się swoją przeszłością, przeżywa wszystkie chwile, które
minęły, przeżywa tak naprawdę wszystkie te śmierci, z których w przeszłości
składało się jego istnienie. Mało tego, przeżywa jako przeszłość to, co minęło,
ale nawet to, czego nie było, a co przeżył tylko w swych marzeniach. Marzenia,
choć nigdy się nie spełniły, choć nigdy nie zaistniały, istnieją na takich
samych prawach jak rzeczywiste zdarzenia, gdyż zostały stworzone i przeżyte w
przeszłości. To wystarcza, by potwierdzić, że istniały i że były przeszłością,
chociaż zdawały się sięgać przyszłości. Ale i to nie wszystko. Nie ma również
teraźniejszości. Gdyby bowiem istniała teraźniejszość, to istniejące w
teraźniejszości marzenia musiałyby się odnosić do nieistniejącej jeszcze
przyszłości – a tej przecież nie ma. Przyszłość tworzona w przeszłości jest
przeszłością i niczym więcej. I wówczas powraca „ja”, które wyobraziło sobie
Północ jako pusty pokój. „Kłamstwo nieskończoności – jak pisał Mallarmé –
zostaje zbadane”. „Ja” wreszcie nie ma wątpliwości, że „myśli i stwarza
siebie”.
Wszystko to
dzięki stworzeniu Niebytu (Północy), czyli (podobnie jak Kartezjusz) stworzeniu siły negującej, a
następnie dzięki zanegowaniu go swoim istnieniem – zanegowaniu negacji.
Najpierw negację trzeba było jednak stworzyć, trzeba było odpowiedzieć na
pytanie: Czy Niebyt „jest” czy go „nie ma”?
Teraz „ja”
może nawet zadecydować, że marzenie (które w punkcie wyjścia było fałszywe i
nie istniało) stanie się prawdą i jedyną rzeczywistością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz