Z jednej strony zachwyty krytyki, z drugiej oskarżenia o nudę i
banalność. Z jednej strony pochwała codzienności, z drugiej obezwładniający smutek.
Film Jarmuscha w pigułce.
Faktycznie – fabuła może wydawać się banalna i nudna. Wycofany emocjonalnie
kierowca autobusu, który poza pisaniem wierszy i piciem wieczorem piwa w życiu
nie robi nic ważnego. I jego żona: entuzjastycznie optymistyczna gospodyni
domowa o artystycznych ambicjach – marzy jej się kariera piosenkarki country,
wytwórnia babeczek – domorosła dyktatorka mody i wzornictwa sprzętów domowych
śniąca o bliźniakach i srebrnych słoniach. Wspólnie spędzają poranki, razem
jedzą obiady. Poza tym praktycznie nic w tym filmie się nie dzieje. Stąd oskarżenia o nudę. Faktycznie, nuda
codziennego życia: wstać, pracować, zjeść, napić się piwa. I tak dzień w dzień.
Wszystko podane w tak spokojnym rytmie, że nie mamy wątpliwości, że w pewnym
momencie musi dojść do jakiegoś niespodziewanego wybuchu. Faktycznie – wybuch fabularny
w końcu się pojawia. Właściwie: bardzo niewielki wybuch, bo ostatecznie nic się
nie zmieni. Życie wróci na swoje tory. Lecz mimo całej oczywistości i
banalności film pozostawia widza z niepokojącymi pytaniami. Bez wątpienia jest
to efekt geniuszu Jarmuscha. Geniuszu scenopisarskiego. Kilkoma elementami reżyser
nadaje tej prostej historii drugie dno, które wielu widzów zmusiło do myślenia,
a wielu więcej do zachwytu.
Pierwszym elementem jest z pozoru dziwaczna gra aktorska. Wyciszony,
jakby nieobecny Paterson (Adam Driver), chłodny, bez emocji, na granicy jakiejś
psychozy i przesadnie słodka, tryskająca energią i pogodą ducha jego żona, Laura
(Golshifteh Farahani). Kompletne przeciwieństwa.
Drugi element to bliźniacy, których ciągle widuje Paterson. Sen o
bliźniakach opowiada wcześniej Laura. Jakby bohaterowie filmu żyli marzeniami.
Trzeci element: powtórzenia, symetrie. Począwszy od prostowania
skrzynki na listy, skończywszy na sugestii, że autobus wybuchnie jak kula
ognia. Gdy to usłyszy trzeci raz, wybuchnie Paterson – zupełnie niepasującym do
niego śmiechem.
Czwarty element: oto aktor o nazwisku Driver (kierowca) gra kierowcę
autobusu, który pisuje wiersze. Nazywa się Paterson i mieszka w Paterson. Jego
ulubionym poetą jest William Carlos Williams (albo Carl William Carlson jak
żartuje Laura), który pochodził z Paterson i wydał książkę pt. Paterson. Kierowca codziennie odwiedza
bar, w którym barman marzący o turniejach szachowych ma tablicę z galerią sław
miasta Paterson, na której znajduje się m.im. Costello, Ginsberg, Williams i
wielu innych.
Do tego można dorzucić niewielkie i zastanawiające epizody jak
dziesięcioletnia poetka, zdjęcie Patersona w mundurze, energiczna i zdecydowana
reakcja bohatera na próbę samobójstwa z miłości barowego Romea przy użyciu
pistoletu na piankowe naboje, rapowanie w pralni, utyskiwania kierownika
garażu, awaria autobusu.
Efekt? Z pozoru banalna historia, wiernie odtwarzająca nieciekawe życie
przeciętnego człowieka, która w istocie jest głębokim namysłem nad faktyczną
banalnością i przeciętnością życia ciekawych skądinąd ludzi. Jarmusch w bardzo trafny
i umiejętny sposób pokazuje moment, w którym człowiek odkrywa swą przeciętność
i który w sposób zupełnie wyjątkowy godzi się z nią. Jakby był bliźniakiem:
jeden jest sławny, drugi nikomu nie znany. Jeden jest przeciętny, drugi jest
wyjątkowy i genialny. Jakby Paterson był wcieleniem niepowtarzalnej ontogenetycznej
jednostki (jako kierowca) i filogenetycznej zbiorowości (jako miasto) i właśnie
w sposób bolesny i niezwykle godny odkrywał ten fakt. Ten film nie tylko jest o
momencie objawienia i refleksji egzystencjalnej, on strukturę tego objawienia czy
refleksji próbuje odwzorowywać. I odwzorowuje w sposób – moim zdaniem –
wybitny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz