Zawsze mnie fascynowała rzeźba romańska, choć nie wiedziałem dobrze dlaczego. Dla wielu odrzucająca jest jej deformacja i nierealizm. Mnie ujmuje, a przy tym bardzo mocno na mnie działa. Zdaję sobie nawet sprawę, że oddziałuje właśnie tak, jak być powinno, jak zakładał artysta i w ogóle sztuka romańska. Ale nie wiedziałem dokładnie dlaczego. Nawet studia na historii sztuki nie odpowiedziały na te pytania. Z reguły rozwój sztuki europejskiej rozpatruje się jako ewolucję iluzjonizmu. Tylko jak to jest możliwe? Czy naprawdę naukowcy sądzą, że ludzie Średnowiecza zapomnieli, jak odwzorowywać rzeczywistość? Naprawdę sądzą, że nie było wówczas nikogo naprawdę utalentowanego? Grecja, Rzym, a potem dopiero gotyk? A romanizm jako przedszkole artystyczne? A ja jednak w rzeźbie romańskiej widziałem szczyt wszystkich możliwości. Ekstremum, maksimum, napięta amplituda ludzkich możliwości. Tak przynajmniej to odczuwałem. Więc o co chodzi? Sprawa stała się jasna, gdy w tomiszczu (pierwszej części trylogii) Andre Malraux Nadprzyrodzone zabaczyłem taki oto rysunek.
Chrystus i Eklezja
Sztuka karolińska. Rysunek z mozelskiego okręgu szkoły wschodniofrancuskiej. Wyraźnie widać, z jaką lekkością artysta szkicuje ciało Chrystusa. Linia nóg płynie melodyjnie, a jednocześnie zachowuje zgodność z anatomią. Plecy Eklezji, mimo kilku zaburzeń anatomicznych (pośladki i kręgosłup), noszą ślady wrodzonej zdolności rysownika do mimetyzmu. Artysta oddaje rzeczywistość z wiernością i lekkością wielkiego mistrza. Jednocześnie w rysunku uderza schematyczne wykończenie stóp i rąk Chrystusa (wygięcia zewnętrznych krawędzi dłoni są symetryczne, wręcz geometryczne), a zwłaszcza twarzy o bizantyjskich migdałach oczu. Wydłużona szyja niezauważenie przechodzi w głowę.
Swego rodzaju deformacja dosięga więc tylko odkrytych partii ciała. Rysownik nakłada bowiem na ciała Chrystusa i Eklezji draperie, nakłada je jednak w bardzo określony sposób. Robi to tak, żeby zamazywały anatomię, gubiły ją i rozbijały, by jej w żadnym wypadku nie podkreślały, ale by jednocześnie były harmonijne, wręcz muzyczne. A więc dwa podstawowe środki wyrazu artystycznego to deformacja pośrednia czyli draperie oraz deformacja bezpośrednia uzewnętrzniająca się w odkrytych częściach ciała. Wszystko jednak służy temu samemu – zagubić realność, iluzyjność. Oderwać się od pozorności zmysłowej. Artyści romańscy świadomie więc rezygnują z naśladowania rzeczywistości. Sztuka służy bowiem wyrażeniu boskości. Niczemu innemu. To nie jest nieporadność, to wielki i wspaniały obraz świata ponadzmysłowego. Nie symbol, ale obraz. Jednak nie obraz ukazujący, lecz sugerujący i wyrażający.
Czy to pozostałość po lekcji danej przez ikonoklazm? A może wpływ objawienia się prawdziwego i jedynego Boga i sztuka chrześcijańska była taka od początku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz