Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

sobota, 12 maja 2012

Czytanie. Odczytywanie

Wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia,
aby Akropol, katedry, Mona Liza powtórzyły się we mnie,
na miarę oczywiście mego ograniczonego umysłu i serca.
Zbigniew Herbert

Sztuka otwiera się tylko przed tymi, którzy ją czytają, a dokładniej przed tymi, którzy ją odczytują. Można to robić na wiele sposobów, ale tylko jeden jest prawdziwy. Można posiłkować się krytykami, historykami sztuki, przewodnikami, encyklopediami, et cetera, ale wówczas nasze odczytywanie przełoży się na umiejętność powtarzania i wygłaszania z pamięci. Niestety, będziemy się łapać na tym, że zapomnieliśmy jakiegoś imienia, daty, znaczenia symbolu, et cetera. Zawsze będzie jakieś et cetera, cała masa słów, które można zacytować. Martwa litera książki w przypadku czytania i sztywna rama słowa w przypadku słuchania zostanie powielona po to, by zmienić właściciela. Ograniczymy się do powtarzania, do artykułowania nie swoich słów. Do przytaczania. Mozolnego i w gruncie rzeczy bezcelowego.
I tak na przykład: co mógłbym powiedzieć o Caravaggio? Nic poza utarte schematy. Nowatorstwo w kompozycji i w operowaniu światłem, realizm a nawet naturalizm. I burzliwe życie. Biografia, a jakże, również wchodzi w sferę mówienia o poszczególnych dziełach. Zawsze znajdzie się czas na dygresje.
I nagle w Kronikach Assyżu Romana Brandstaettera trafiam na taki opis dwóch obrazów Caravaggia:
W jego „Widzeniu świętego Pawła”, znajdującym się obecne w Villa Borghese w Rzymie, dramat Chrystusowej wizji rozgrywa się pod zamkniętymi powiekami Żyda z Tarsu. Na obrazie nigdzie nie widzimy Chrystusa. Tylko rozkrzyżowane ramiona Pawła zdradzają, że Syn Cieśli wstąpił w jego duszę. Na zachwyconej, milczącej twarzy Pawła, leżącego na damasceńskiej drodze, maluje się cisza radosnej śmierci. Każda droga do Damaszku, która ciągnie się w poprzek naszego życia, każe bezlitośnie przeżyć człowiekowi jego własną śmierć.
W kościele San Luigi de Francesi w Rzymie znajduje się „Powołanie świętego Mateusza” Caravaggia. Anioł pod postacią przybysza z dalekich stron, prosty człowiek w skromnym odzieniu – stoi w mroku izby i palcem wskazuje na Mateusza, siedzącego za stołem w towarzystwie kilku celników. Mateusz jeszcze przed chwilą zajęty był rozmową z towarzyszami, lecz teraz już wie, co oznacza ten pozornie łagodny gest dłoni przybysza. Byłby więc rad, gdyby dobrodziejstwo Boskiej misji przypadło komu innemu w udziale, a wyroki Pańskie ominęły jego dom. Albowiem człowiek do ostatniej chwili swoich możliwości broni się przed nacierającym nań Bogiem. Wszak trzeba rzucić dotychczasowy tryb życia, majątek, stos złota piętrzący się na stole, tych ludzi przybyłych celem omówienia interesu i natychmiast iść w świat, w niewolę Boga. Człowiek boi się posłannictwa nałożonego nań przez Boga. Straszne jest widzenie Pana, przemawiającego żywym językiem do człowieka. Mateusz więc z udanym zdziwieniem przyłożył palec do piersi i pyta przybysza: - Ja? A może mój sąsiad dostąpił łaski wybraństwa? – I tak po dzień dzisiejszy trwa to tragiczne pytanie na obrazie w kościele San Luigi dei Fransesi w Rzymie, bezsilny wstrząs duszy ludzkiej, nadaremnie pragnącej zrzucić z siebie ciężar Bożego posłannictwa.
Brandstaetter nie cytuje krytyków, mówi z własnego doświadczenia. W tym, co mówi, widać, jak daleko posunął się na drodze indywidualnego rozwoju duchowego, jak odkrywa Caravaggia tylko dla siebie, jak go eksploruje i jak jego oczami – duchowego przewodnika i wizjonera – spogląda na świat. Tylko przeżywszy swoją własną śmierć, tylko doświadczywszy nacierającego Boga – żeby zrozumieć, że tak jedno jak i drugi naprawdę coś znaczy, trzeba by było to przeżyć – tylko wtedy można w dziełach Caravaggia ZOBACZYĆ to wszystko, o czym pisze Brandstaetter, tylko wtedy można to z jego obrazów WYCZYTAĆ. Bez doświadczenia pozostaje się na poziomie cytowanej litery.
Chodzi bowiem o wysilenie całej swojej wrażliwości i zdolności rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Liza powtórzyły się w nas, na miarę oczywiście naszego ograniczonego umysłu i serca.
Nie ma właściwych odczytań, są tylko fałszywe i prawdziwe. Cytowane i doświadczane. Na użytek słuchającego i na użytek nas samych. Martwe i żywe, czasami nawet zmartwychwstałe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz