Czytając nie tak dawno Biblię, doszedłem do niezbyt dla chrześcijaństwa pochlebnego w swym mniemaniu wniosku, że nauka Jezusa jest traktowana przez Kościół (nie przez wysublimowaną teologię, ale właśnie przez Kościół, ten, który nas otacza i z którym się spotykamy na co dzień) zbyt prostacko, jako wykład zasad moralnych. Owszem, punktem wyjścia do widzenia w moralności kwintesencji nauki Jezusa z pewnością jest Biblia, przede wszystkim listy apostolskie (zwłaszcza Pawłowe), ale również ewangelie synoptyczne (Kazanie na górze). Jan w czwartej ewangelii koncentruje się co prawda na problemie wiary, ale wiara to przynależność, a przynależność to znów prawo, dogmaty, kanony, wytyczne i last but not least moralne wskazówki.
Wszystko więc sprowadza się do nauki o moralności, dość nowoczesnej, ale jednak tylko do moralności, a właściwie do etyki rozumianej jako kanon przekazany człowiekowi za pośrednictwem tradycji i przyzwyczajeń, za pomocą strachu przed piekłem i nadziei na życie wieczne (słynny zakład Pascala, który – co tu kryć, jest w gruncie rzeczy, grubą obrazą dla chrystianizmu – nie pamiętam już kto, ale ktoś właśnie tak o nim pisał), wynikający z posłuszeństwa wobec nakazów i zakazów, a niekoniecznie z wewnętrznego przeświadczenia. A tylko takie uważam za słuszne. Moralność wyuczona to nie moralność, lecz raczej umiejętność społeczna. Moralność zawsze postrzegałem jako decyzję – a więc owoc samoświadomości.
Zresztą takie rozumienie moralności znalazłem na kartach Biblii. W 1 Kor 4, 18 czytamy: „A jeśli sprawiedliwy ledwo się zbawi, bezbożny i grzesznik gdzie się okażą?” Bóg nie jest więc strażnikiem moralności. Gdyby nim był, sprawiedliwy nie miałby problemu ze zbawieniem. Boga nie można zredukować do moralności. Problem polega na tym, że sędzią jest sam zainteresowany, nie jest on już jednak niezależny od Boga, autonomiczny, ale jest Bogiem właśnie, ocenia z punktu widzenia Boga i boskości. Nieśmiertelności i wieczności (2P 3, 8 – tysiąc lat jak jeden dzień u Pana).
Potępienie, a więc i grzech, nie polega na łamaniu moralnych zasad i praw ustanowionych przez Boga, ale na samoświadomości, która każe nam przywiązywać się do wszelkich owoców naszego życia, tylko dlatego, że są nasze. W niemoralności można żyć tylko wtedy, kiedy złe nazwie się dobrym, kiedy przewartościuje się prawdziwe wartości, kiedy przebiegunuje się świat. Śmierć przywróci właściwe proporcje i wartości. Któż, widząc, że traci wszystko, czym żył, nie chciałby za wszelką cenę, nawet za cenę piekła i potępienia, zachować to, co przez całe życie było dla niego ważne? Tym jest sąd. Ostateczną decyzją. Świadomością popełnionych błędów. Odzieraniem się do właściwej pozycji. Bolesnym odzieraniem się. Taka odwrotność Marsjasza, który świadomy swych błędów i wypaczeń, oddziera się, by Bóg tego nie zauważył.
Decyzja o wyborze najwyższego dobra nie należy do prostych. Nikt nie jest czysty, więc nawet człowiek moralny, sprawiedliwy ledwo się zbawi, bo również jest przywiązany do życia, być może właśnie do pisanych zasad moralnych, do bliskich itd. To niczego nie zmienia, to również jest przywiązanie. (Dlatego Jezus mówi o mieczu, o wrogości z rodziną). Żyjąc moralniej, będzie łatwiej, ale to niczego ostatecznie nie załatwia. Nie ma bowiem sprawiedliwego na ziemi, który by czynił dobrze, a nie grzeszył (Koh 7, 21).
Tadeusz Zieliński w swej doskonałej książce Chrześcijaństwo antyczne (szósty tom Religie świata antycznego) potwierdził, że moja intuicja rozumienia moralności jako decyzji jak najbardziej zgadza się z nauką Jezusa.
W paragrafie 8 swojej pracy (rozdział II – Tajemnica galilejska) Zieliński stawia sobie niebagatelne zadanie: opisać właśnie tajemnicę galilejską, streścić – jak tylko filozof potrafi – naukę Jezusa. Nawet otwierające ten rozdział retoryczne pytanie: „Kim jesteś i czym jesteś, że odważasz się pisać rozdział pod takim tytułem?”; nawet fakt, że po dwuletniej pracy Zieliński kończy pisać tę książkę 22 grudnia 1943 roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, w Niemczech, na niespełna pół roku przed śmiercią; nawet jego zaskakująca deklaracja, że ten tom zachowując charakter rozprawy badawczej, w większym jednak od nich stopniu otrzymał charakter testamentu i spowiedzi – nic nie jest w stanie rozwiać, jak sądzę, pierwszych czytelniczych obaw o zarówno końcowy efekt, jak i o zasadność zamiarów autora. A jednak Zieliński wywiązuje się ze swego zadania nad podziw dobrze, przynajmniej wedle mego mniemania.
Kwintesencję nauki Jezusa Zieliński widzi w tych ideach, które kryją się za słynnym sporem o literę s (sigmę), a który wiąże się ze słowami z Ewangelii wg św. Łukasza (2, 14): Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli. Wspomina bowiem o dwóch lekturach Łukaszowego oryginału: eudokia oraz eudokias. Zmiana gramatyczna pociągnęła za sobą istotne różnice między różnymi kościołami. Lektura Wschodu, protestantyzmu oraz anglikanizmu jest trójczłonowa Bogu chwała na wysokości, ziemi pokój, ludziom zadowolenie / łaskawość czy upodobanie [Boga] – bo tak jest tłumaczone to słowo w lekturze Lutra. Lektura katolicka zaś jest dwuczłonowa, jak w cytacie z Łukasza.
Potem Zieliński udowadnia, że tylko formuła dwuczłonowa jest logiczna, a co za tym idzie, tylko taka lektura jest właściwa. Pomijam jego dowody, koncentrując się na kolejnym zagadnieniu, mianowicie na znaczeniu tego dziwnego pojęcia, eudokia, które raz jest tłumaczone jako ‘upodobanie’, innym razem jako ‘dobra wola’. Zieliński zauważa więc, że w literaturze antycznej jest to słowo używane w sensie dobrej woli i że tym samym zwrot „pokój ludziom dobrej woli” oznaczałby usprawiedliwienie człowieka przed Bogiem dzięki jego nienagannemu zachowaniu wobec Boga, a więc dzięki cnocie. I tu Zieliński zaczyna wykład na temat antycznego rozumienia cnoty. I oto dowiadujemy się, że w arystokratycznej Grecji, Helladzie Homera, cnota również była arystokratyczna, przysługiwała z urodzenia (od dobrego ojca pochodzi dobry syn) i że była rozumiana jako to wszystko, co gwarantowało człowiekowi sukces w życiu. Achilles jest cnotliwy (arete), bo jest dzielny, a dzielnym się już urodził. Cnota arystokratyczna jest więc moralnością fizyczną.
Drugie stadium rozumienia cnoty jest demokratyczne i związane jest z sofistami ateńskimi. Stoją oni mianowicie na stanowisku, że cnotliwym może być każdy, jest tylko jeden warunek, trzeba się tej cnoty nauczyć. Cnota demokratyczna jest więc moralnością intelektualistyczną. W dodatku nie ma charakteru świadomości, lecz tylko zwyczajowy, etyczny (ethike). Takie rozumienie cnoty jest charakterystyczne również dla hellenizmu i judaizmu. Rabi Hillel na przykład (ten, który poproszony, by krótko wyjaśnił Prawo żydowskie, powiedział: Nie czyń twemu bliźniemu niczego, co i tobie niemiłe – oto całe Prawo! Wszystko, co ponadto, to tylko objaśnienia!) twierdził: Człowiek prosty nie może być pobożny.
Przypomniało mi się wówczas Mickiewiczowie zdanie:
Nauką i pieniędzmi drudzy cię zbogacą;
Mądrość musisz sam z siebie.
Nauką wzbogacą mnie inni, bo mnie uczą, mądrości nie uczą. Ale pieniędzmi mnie wzbogacą? Nie chodzi przecież o dary pieniężne, ale o zawód, o zarabianie w określony sposób – co jest jednoznaczne z zarabianiem na innych. Mądrość jest pracą indywidualną. Jest to jednak ciągle praca i nauka. Ale sam nie wiem, jakie rozumienie mądrości-cnoty przebija z Mickiewiczowskich słów, czy demokratyczne, czy chrześcijańskie?
Trzecie stadium rozumienia cnoty daje Jezus. Nie jest ono oparte ani na urodzeniu, ani na znajomości i posłuszeństwie wobec prawa, ale właśnie na dobrej woli, na decyzji po prostu. Wszyscy powołani, lecz niewielu wybranych. Każdy może być umiłowany przez Boga, trzeba tylko natychmiast odpowiedzieć na jego wezwanie. Potrzeba natychmiastowej decyzji odrzucenia zła, odrzucenia bezmyślnych praw (jak prawo rozwodowe, które upodlało kobietę), opowiedzenia się po stronie moralności rozumianej jako „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Bo cóż znaczy ten nakaz? (Ta dygresja pochodzi już jednak ode mnie) Ano to, że pragnienie szczęście to ‘kochanie siebie’. Pragnienie szczęścia nie zna barier, odrzuca wszystko, każe się rozwieść, każe wykorzystywać innych jeśli trzeba, każe szukać poczucia wyższości, władzy, itd. Szczęście to pełnia. Szczęście to spełnienie. Tak pojęte szczęście to ‘kochanie siebie samego’. Tak pojęte szczęście to porażająca siła pragnienia miłości. Wszechogarniającej miłości – by miłowali nas inni, byśmy sami siebie miłowali (co oznacza dumę i poczucie wyższości), by miłował nas cały świat (a więc sława). To jest miłość. Miłość, która unosi, nie licząc się z niczym. Nie pyta, czy w nią wierzymy. Taka miłość zawłaszcza. Jest siłą generującą istnienie świata, jest siłą napędzającą świat. Jest witalnością ludzkości, entelechią rozwoju i istnienia. To jest miłość. Największa siła ludzkości. A Jezus mówi: kochaj bliźniego jak siebie samego. A więc: niech miernikiem twojej miłości, probierzem właściwych postaw będzie bliźni. Postaw go na równi z sobą samym. Przyznaj mu takie same prawa, jakie sobie przyznajesz. Czerp ze swej własnej wolności, ile chcesz, ale nie naruszaj wolności innego. A więc rozwód? Odpada. Przecież to rani, a mam pragnąć jego szczęścia, najwyższego, idealnego. Władza? Nic z tych rzeczy. To wywyższa jednych, innych poniżając. Itd. To jest prawdziwa nauka Jezusa, to jest prawdziwa mądrość. Uważaj, zdaje się mówić Jezus, miłość jest tak wielką siłą, że porwawszy cię, może doprowadzić do zguby. Możesz zatracić się w dążeniu do szczęścia, w ciągłych próbach uszczęśliwiania się. Próbach, które nigdzie nie prowadzą. Miłość owszem jest obezwładniająco wielka, ale nie ma celu, nie ma spełnienia. Po pierwszym będzie potrzebne kolejne. Oto tajemnica Fausta. Miłość, która każe się rzucić na podbój świata, nie przynosi owoców. Tylko taka miłość, która zrównuje nasze pragnienia z pragnieniami innych, co w konsekwencji każe uprzedzić nasze myślenie o sobie myśleniem o innych, jest miłością zrównoważoną. Naszym obowiązkiem jest nie tylko troszczyć się o swój rozwój duchowy, ale również wszystkich innych.
I to jest nowa nauka, to jest cud (wedle Zielińskiego), którego wszyscy oczekiwali wraz z pojawieniem się Mesjasza. W Mt 11,4 czytamy, jak to uczniowie Jana Chrzciciela przyszli do Jezusa z pytaniem, czy on jest tym, który ma przyjść, czy też innego czekają. A odpowiadając im Jezus rzekł: Szedłszy, donieście Janowi, coście słyszeli i widzieli [oczekiwany cud]: ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają [po każdym takim cudzie ewangelista dodaje i wielu się doń nawróciło], ubogim opowiadają ewangelię.
Zieliński tak kończy paragraf 8: „Pamiętam czasy, kiedy ten ostatni fakt mi się wydawał daleko mniej przekonywającym, niż poprzednie. Teraz odwrotnie, kładę nań daleko większy nacisk. Sądzę bowiem, że ci ubodzy, którym się przez Pana Jezusa wyświadcza dobrodziejstwo równowartościowe z owymi ułomnymi i zmarłymi, to właśnie owi „ludzie dobrej woli”, a opowiadana im ewangelia przyniosła im obiecany w tejże zapowiedzi „pokój” – pokój Boży.” W przypisie dodaje zaś uwagę, że „ubogim ewangelię” z Mt 11,4 utożsamia się z „ubogimi duchem” [Mt 5,3] – po grecku ptochoi i że pomysł utożsamienia tychże z ludźmi dobrej woli bierze na swoją odpowiedzialność. To jego prywatna decyzja.
Urzekł mnie wykład Zielińskiego. I w pewnym sensie oświecił. Nie chodzi jednak o wykład na temat woluntaryzmu. Fakt, nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad dogmatem o wolnej woli, ale nie chodzi o wyjaśnienie (czy „objaśnienia” – jak mówił Hillel). Chodzi o samoświadomość i praktykę.
Oto pewnego razu mój niespełna pięcioletni syn (dość egoistyczny, ale które dziecko nie jest egoistą?) przyszedł do mnie, by pochwalić się, że dostał dwa żelki od mamy. Poprosiłem go, żeby mi dał jednego i wskazałem na tego, którego trzymał w ręce. Drugiego właśnie zjadał. Chwilę pomyślał, po czym dał mi go. Potem zapytałem go, czemu to zrobił. Odpowiedział, że dla przyjemności. Czyjej? – drążyłem. Mojej – odpowiedział z uśmiechem.
I właśnie tak należy uczyć dzieci moralności. Nie przez kary i nagrody, w żadnym wypadku przez nadzieję, a tym bardziej nie przez strach. Moralność owocuje pokojem Bożym tylko wtedy, gdy nasze czyny są oparte na wewnętrznie spójnej decyzji. Gdy dobro łączy się z naszą przyjemnością. Gdy tak potrafimy to odczuwać. Gdy odkrywamy je w sobie, a nie gdy wyuczamy się zasad, których świat nakazuje nam się trzymać. Decyzja. Nic innego.
I czy nie o taką naukę chodziło w Summerhill – szkole stworzonej przez A. S. Neilla?
Któregoś letniego dnia wnuk znanego naukowca przyszedł do swego dziadka. W ręce, którą trzymał schowaną za plecami, ściskał wróbelka złapanego w ogrodzie do specjalnej sieci.
Oczy chłopca lśniły nienawiścią i przebiegłością, kiedy pytał dziadka:
- Czy ptaszek, którego trzymam w ręce, jest martwy, czy żywy?
- Martwy – odparł staruszek.
Chłopiec otworzył dłoń i wypuścił wróbelka, który natychmiast poderwał się do lotu.
- Nie zgadłeś! – zaśmiał się złośliwie.
Gdyby padła odpowiedź, że ptaszek jest żywy, chłopiec zacisnąłby dłoń i udusił bezbronnego ptaszka.
- Widzisz, odpowiedź spoczywa w twojej ręce – rzekł staruszek, patrząc przenikliwie na wnuka.
Bruno Ferrero, Martwy czy żywy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz