Tycjan, Noli me tangere
Jej ostry profil, pełen żądzy, zdecydowania, pasji. Spowita w ogniście czerwone szaty, jakby związana nimi, uwięziona w cielesności. Nie ma w niej pokory, ale nienasycona ciekawość, wręcz pożądliwość, zmysłowość. Pochylona, na czworaka, silnie oparta na ręce, namacalna, ciężka, bardzo kobieca. Rozcapierzone palce lewej dłoni wsparte na olejkach. Niepotrzebnych już zresztą, nie będzie go namaszczać, ale chcąc go dotknąć, przekracza tym samym powinność religijną. Jest to próba wręcz mistyczna, próba bliskości najwyższej, bezpośredniego kontaktu z Boskością bez pośrednictwa elementu ludzkiego. Niestety, scena tonie zupełnie w elemencie ludzkim, nagle duchowe zamiary przeistaczają się w swoje całkowite przeciwieństwo, popadają w fizyczność.
Przyszła z dotykiem – z olejkami, z religijną posługą. Padła na kolana, ale nie po to by klęczeć. Spełniło się. Któż mógł się spodziewać? A ona będzie pierwsza. Może sprawdzić, przekonać się, doznać, spróbować. Lecz gest (jest w nim coś nieprzyzwoitego) ucina wszystko. Wyciągnięta ręka jest kontrapunktem dla wygięcia jego ciała. Jej nachylenie i jego odgięcie, uniemożliwiające dotknięcie. Jednocześnie on zakrywa strefy intymne, zagradza dostęp kolejną warstwą materii. Zasłona w świątyni, strażniczka najświętszego, która przy ukrzyżowaniu się rozdarła, tutaj się supła i uniemożliwia prawdziwą bliskość, utrudnia dojście. W tym kontakcie nagim stanie się jedynie Jezus (jak naga prawda), ona pozostanie ubrana, żadnego prawdziwego zbliżenia nie będzie – ani cielesnego, ani seksualnego, ani duchowego. Nie tak się wchodzi w kontakt z Bogiem. Nie można kreować go siłą swej ograniczonej przez zmysły potencji. Chcieć dotknąć Boga to widzieć go na swój obraz i podobieństwo. Dlatego ona sprawia wrażenie unieruchomionej, powalonej przez zmysły, ubezwłasnowolnionej. Jak niepoczytalna, oślepiona przez nagły rozbłysk fantazji, próbuje ziścić marzenia człowieka o bezpośrednim kontakcie z Bogiem na płaszczyźnie zmysłowej, marzenie o uczynieniu Boga człowiekiem, sprawieniu by Królestwo Boże było z tego świata.
Na poziomie twarzy dochodzi do jakiejś bliskości, ich ciepłe oblicza skupione na kontakcie wzrokowym, rozwiane włosy i pojedynczy pukiel przecinający szyje obu postaci – jest w tym jakaś zmysłowość. Jej czysta, jasna twarz i jego ogorzała, kontrast kobiece-męskie, jego zaciśnięta na grabiach pięść, jej otwarta delikatna dłoń z ugiętymi palcami, wszystko tutaj prosi się o dopełnienie, dąży do połączenia, uzupełnienia. On nachyla się nad nią jakby za chwilę miał poddać się przemożnej sile kobiecego pragnienia bliskości, miłości zmysłowej – ale to tylko złudzenie, emanacja zmysłowości, która wychodząc od na wskroś ludzkiego pragnienia zbliżenia się do Boga popada w przeciwieństwo poznania duchowego. W jego twarzy można odczytać bowiem smutek, litość i żal. Ręka wyciągnięta nad głową Magdaleny, jakby do mimowolnego błogosławieństwa, mającego zdziałać cud jej przejrzenia na oczy – ostatecznej rezygnacji ze zmysłów, pokornego opuszczenia głowy, przejścia do modlitwy. Tak człowiek w poznanie prawdy wnosi pierwiastek kłamstwa charakterystyczny dla swojej ludzkiej natury – prawda nas nie uzupełnia, prawda jest zaprzeczeniem. Wszystko jest na odwrót. Ona – zakryta fizycznie i obnażona psychicznie, on – prawie nagi, lecz skryty. Taka forma kontaktu jest jego przeciwieństwem, brakiem, ukryciem się Boga, oddaleniem, negacją. Bóg odcina się i staje się niedostępny. Pozostaje tylko zaprzeczenie i zakaz: Noli me tangere.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz