Przeniesienie

Archiwum bloga znajduje się pod adresem: http://dzialkrytyczny.blog.onet.pl/

sobota, 1 września 2012

Biało-czerwony tatuaż

                Komisarzu Kluge, czy pan wie, co to jest „wolne miasto"?

                Piaszczysty kawałek ziemi o nazwie Freie Stadt Danzig, wciśnięty między Bałtyk, niemieckie Prusy Wschodnie i polskie Pomorze, na którym stał nasz dom na Kwietnej, nie należał ani do Polski ani do Niemiec. Jak postanowiono w Wersalu, zrobiono z nas, pożal się Boże, protektorat Ligi Narodów, kukułcze jajo rzucone na brzeg zimnego morza, więc liczyć na dobrą przyszłość raczej nie liczyliśmy, bo kto tam ma ochotę przejmować się jakimiś protektoratami, przychylnie czuwając nad losem „wolnych miast", by rozkwitały w spokoju na chwałę Boga i Ziemi.

                Między Zoppotem a Marienburgiem, Probbernau a Stippeu, na nizinnych terenach delty Wisły, gdzie żyło dużo więcej Niemców niż Polaków, mędrcy z Paryża, Londynu i Waszyngtonu przyznali Polakom prawo posiadania własnej poczty, choć, przyzna pan, listonosze niemieccy, słynni ze swojej punktualności, równie dobrze mogli roznosić polskie listy w okolicach Ahornweg, Langermarkt czy Magdeburgerstrasse, w dzielni- cach zamieszkałych przez rodziny niemieckie, polskie, żydowskie, a nawet francuskie, szkockie oraz holenderskie, co jednych gniewało, a drugich nie obchodziło wcale.

                Polski Urząd Pocztowo-Telegraficzny, gmach z ciemnej cegły z białym orłem na emaliowanej tabliczce przybitej nad głównym wejściem, wznosił się przy placu Heweliusza, w starej dzielnicy Gdańska Osiek, parę kroków od żelaznego mostu na Raduni, w wilgotnym miejscu, gdzie dawniej stał zamek krzyżacki, a teraz jesienią i wiosną na okolicznych drzewach gromadziły się wielkie stada wron i kawek, nawołujące się godzinami przejmującym krakaniem, jakby chciały o czymś powiadomić mieszkańców miasta, którzy, jak to ludzie rozsądni, mieli na głowie sprawy dużo ważniejsze niż wsłuchiwanie się w ptasią gadaninę. Właśnie tam Anna dostała pracę. Centrala telefoniczna z bezpośrednim połączeniem do Warszawy, którą obsługiwała, mieściła się w małym pokoju na pierwszym piętrze, odgrodzona od reszty budynku stalowymi drzwiami z dobrym zamkiem.

                Pyta pan, komisarzu Kluge, jak się wtedy nazywaliśmy? A na cóż to panu wiedzieć? No, jakoś się tam nazywaliśmy, bo jak ktoś jakoś się tam nie nazywa, to idzie do pudła, gdzie nie czekają na niego marcepany. Ale czy pan, komisarzu Kluge, potrafi pojąć, co znaczą dla ludzi znękanych życiem trzy skromne słowa „żyć na uboczu", wypowiadane szeptem o zmierzchu, gdy czerwone słońce zachodzi nad Olivaer Frost, a karminowa zorza zapowiada mroźną pogodę i ciężkie sztormy na Bałtyku? Liczyliśmy, że świat o nas zapomni. Chcieliśmy przeczekać najgorsze na kawałku ziemi niczyjej, gdzie nie sięgają ręce nieprzychylnych potęg, z którymi zwykli ludzie sobie poradzić nie mogą, jak mieszkańcy Nazaretu nie mogli sobie poradzić z cesarstwem rzymskim. Powiem tylko, że ani Anna nie nazywała się Kosch- nick, ani ja Stamelmann:

                Tymczasem w wolnym mieście, którego wieże z zębatym konturem gotyckich fiali i pinakli oglądaliśmy co niedziela na wspólnych spacerach po krótkiej wizycie w kawiarni Neumanna przy głównym Rynku, wybuchła cicha wojna na skrzynki pocztowe. Naprawdę, nigdy nie słyszał pan o sławnej wojnie na skrzynki pocztowe, która wybuchła w Danzig, gdy Albert Forster został gauleiterem? Dawniej toczono wojny na miecze i topory, teraz toczono wojnę bardziej subtelną. Cóż, katastrofy, które wywracają do góry nogami cały świat, zwykle zaczynają się od drobiazgów, bo nie ma nic lepszego niż celnie dobrany drobiazg, który trafia prosto w serce.

                Zgodnie z umowami wersalskimi, na paru ulicach w śródmieściu Gdańska między dworcem a Motławą, Polacy usta- wili dziesięć skrzynek pocztowych ze znakiem orła białego i napisem „Listy tylko do Polski". Młodzi Niemcy, dla których ojczyzna była wszystkim, uznali jednak czyn ten za wyjątkową bezczelność, zaczęli więc czarną, żółtą i czerwoną farbą — barwami, jak pan wie, cesarskimi — zamalowywać białego orła widniejącego na czerwonej emalii, jakby biel słowiańskiego ptaka widniejąca na pocztowej skrzynce była czymś gorszym niż znak szatana i zwiastowała prawdziwy koniec świata.

                Gdy sprawiedliwy gniew nabrał intensywności i nadszedł czas, w którym liczą się tylko czyny, na trasie między Langfuhr i Olivaer Thor, tam, gdzie tramwaje przyspieszały na prostych jak strzała torach, młodzi ludzie w brunatnych koszulach brali pod pachy polskich listonoszy, podprowadzali ich uprzejmie do drzwi, po czym wyrzucali z pędzących wagonów, co kończyło się połamaniem rąk i nóg, bo taki delikwent w mundurze polskiego pocztowca z torbą pełną listów koziołkował w powietrzu parę razy, zanim w chmurze fruwających kopert nie walnął o brukowaną jezdnię Alei Hindenburga, gdzie mógł tylko przy akompaniamencie śmiechu przechodniów czekać na ambulans z miejskiego szpitala.

                Ceglany gmach poczty przy placu Heweliusza, w którym pracowała Anna, znałem dość dobrze, bo gdy Anna zostawała po godzinach w swojej centrali na piętrze, by skończyć jakąś pilną pracę, cierpliwie czekałem na nią w portierni, czytając gazetę i gwarząc sobie z portierem Golichowskim, który lubił dobry tytoń Pischnitza i plotki z wyższego towarzystwa. Siedząc z nogą założoną na nogę na drewnianej ławie dla interesantów, ucinałem też sobie czasami pogawędkę z dyrektorem poczty, doktorem Janem Michoniem, eleganckim starszym panem w szarym garniturze w paski, który już na schodach witał mnie z miłym uśmiechem, po czym wypytywał o najświeższe nowiny z miasta.

                Wojna na skrzynki pocztowe nabierała tymczasem rozpędu. Komentowaliśmy z zapałem najnowsze wydarzenia z pocztowego frontu, nie stroniąc od tonów ironicznych, przerzucaliśmy się szczegółami, które nie wszyscy znali, byliśmy prawdziwymi znawcami konfliktu, o którego rzeczywistym znaczeniu — jak sądziliśmy — świat nie miał pojęcia.

                A gdyśmy tak sobie rozmawiali na portierni o tym i owym, pewnego dnia dotknąłem spraw najważniejszych. „Jak możecie tolerować to, co się dzieje w Gdańsku? Gdzie wasza duma narodowa? — zapytałem dyrektora Michonia z troską, częstując go papierosem ze srebrnej papierośnicy. — Czyż w odpowiedzi na to, co robi młodzież niemiecka, nie powinniście zrobić czegoś, co przypomni światu o waszych prawach, które są w Gdańsku tak bezczelnie łamane? A gdyby tak na przykład wypuścić serię znaczków pocztowych z motywami polskimi i wprowadzić je do obiegu w Wolnym Mieście? Co pan na to? Każdy list będzie walczył o Polskę jak gołąb pocztowy z drapieżnym czarnym orłem".

                Zdawałoby się, nic takiego, ot, po prostu zwykły znaczek pocztowy. A tu minęło zaledwie parę tygodni, a moi niemieccy bracia spostrzegli z oburzeniem, że z Polski nadchodzą listy ze znaczkami, na których polska królowa Jadwiga i polsko-litewski król Jagiełło, depczą pęknięty hełm krzyżacki z pawimi piórami oraz dwa sławne miecze, symbol klęski niemieckiej pod Grunwaldem, dawno już zapomnianej dzięki wspaniałemu zwycięstwu pod Tannenbergiem. Moi niemieccy bracia wpadli w furię. Senat Wolnego Miasta się wściekł.

                A parę dni później, gdy odwiedziłem w interesach Juliusa Holzmanna, przystojnego pracownika magistratu, którego upodobanie do szabel, cesarskich orłów i pikelhaubów było znane dość powszechnie, mimochodem mruknąłem między jednym a drugim łykiem kawy Eduscho, którą mnie poczęstowano w ładnym salonie na Hundegasse: „Przecież to skandal, nie sądzi pan, panie Holzmann, że my, gdańscy Niemcy, puszczamy płazem polską bezczelność w sferze tak delikatnej jak symbole narodowych zwycięstw i klęsk! Żaden patriota nie może puścić tego płazem, chyba że nie jest prawdziwym patriotą. Czyż może być coś gorszego niż okazywać słabość w takiej chwili? Duma narodowa jest wartością bez- cenną. Najwyższy czas, by ją okazać".

                I parę tygodni po mojej rozmowie z Juliusem Holzmannem w odpowiedzi na krzyżacki hełm i dwa miecze spod Grunwaldu, Wolne Miasto wypuściło serię znaczków pocztowych, które przypomniały Polakom o klęskach, jakie to oni sami ponieśli właśnie w Gdańsku. Filatelistyczny odwet, gra obrazów na siatkówce, drażnienie nerwów wzrokowych. Ja, skromny pracownik piękna, ja, mistrz rzeźbiący w materii żywej i wrażliwej, delikatnymi pociągnięciami szminki nanosiłem na twarze dwóch sąsiadujących ze sobą narodów barwy wojenne, makijaż mocny i wymowny, jak to czyniłem z twarzami aktorów w monachijskiej operze przed spektaklem Ryszarda III.

                Nadchodził czas wielkiej premiery Dzięki mnie twarze moich braci z Poczty Polskiej nabrały intensywnie biało-czerwonych barw, a twarze moich braci niemieckich stały się intensywnie czarno-czerwono-żółte, wdając się w grę mimiczną, balet brwi, warg i powiek, który poniósł wytatuowane patriotycznym deseniem ciała na szumiących skrzydłach narodowej dumy w niewiadomą przyszłość.

                W odwecie za polską bezczelność Wolne Miasto, sławne ze swych grawerów, wypuściło w świat piękną serię znaczków z obrazami wyzwolenia niemieckiego Gdańska z rąk Francuzów i Polaków w 1814 roku, a potem jeszcze dorzuciło jadowity znaczek z obrazami klęski polskiego króla Stefana Batorego pod twierdzą Wisłoujście. Warszawa wściekła się. Jak chłopcy, którzy rysują na ścianach domów nieprzyzwoite obrazki, dwa narody toczyły między sobą cichą wojnę na znaczki, głupią i zaciętą, aż do pierwszych dni pamiętnego września, gdy żywe białko ozdobione czarno-czerwono-żółtym tatuażem rzuciło się na żywe białko ozdobione tatuażem biało-czerwonym, by pożreć je i strawić do szczętu.

                Jak to mówił nieodżałowany pan Rasermann? ku, sam powiedz, co nas bardziej zachwyca: twarz człowieka, którego oczy płoną świętym ogniem miłości Ojczyzny, cz krowia gęba człowieka, który myśli tylko o pokoju, pojednaniu, przyjemnościach życia płciowego, robieniu pieniędzy, woli ciepłe lenistwo od twardych trudów walki, napycha się makaronem i ma kłopoty z nadwagą? Czyż największe dzieła europejskiej kultury, Iliada i Pieśń o Rolandzie, nie uczą nas, że nadwaga to coś okropnego, a wojna, wpływająca wyszczuplająco na sylwetkę mężczyzny, ma czar znacznie większy niż mieszczańska wegetacja? I czyż ludzie, którzy nienawidzą wojny, sami nie chodzą chętnie na filmy wojenne? A malarze i poeci, którzy z całego serca potępiają rzezie i pożogi, czyż sami nie lubią malować patriotycznych fresków ze scenami krwawych jatek, zyskując powszechny szacunek i podziw swoich wdzięcznych współobywateli?

                Widzisz, mój drogi — ciągnął nieodżałowany pan Rasermann, gdyśmy sobie siedzieli na mansardzie monachijskiej opery, popijając herbatę indyjską z porcelanowych filiżanek — twarze, promieniujące makijażem patriotycznej nienawiści zawsze przyciągały uwagę artystów, księży i nauczycieli gimnazjalnych, a sceny masowe z udziałem uzbrojonych tłumów, siejących śmierć i zniszczenie, zawsze cieszyły się wielkim powodzeniem w kinach i teatrach, chociaż każdy z nas szczerze nienawidzi wojny i marzy o wiecznym pokoju.

                Albowiem — nie ma rady, drogi Eryku — lubimy patrzeć na ludzi, w których pali się święty ogień gorącej krwi, a zasypiamy na widok ludzi łagodnych, uprzejmych i pojednawczych. Wszędzie, gdzie wybucha jakaś krwawa awantura, zawsze zbiega się podniecony tłum, bo wie, że jest świadkiem wybuchu świętych sił prawdziwego Życia".

                Odwiedzając dyrektora Michonia na Poczcie Polskiej i radcę Juliusa Holzmanna w salonie na Hundegasse w piankowej atmosferze towarzyskiej rozmowy szminką i pudrem, żartem i drwiną, gestem i uśmiechem, niedbale podsycałem płomień w środkowoeuropejskim piecu, rozdmuchując w ludziach i narodach świętą żarliwość, która wybucha tym samym płomieniem w miłosnej sypialni, co na polu bitwy.

                „Ludzkość — mówił nieodżałowany pan Rasermann, gdyśmy sobie siedzieli na monachijskiej mansardzie — wykrwawia się w wojnach, ale jeśli nawet zginie pięćdziesiąt milionów ludzi, to i tak wkrótce urodzi się następne sto milionów, bilans więc zawsze będzie dodatni. W tym sensie śmierć, drogi Eryku, w ogóle nie istnieje. Ileż to było na świecie straszliwych wojen, rzezi i katastrof, a liczba ludzi wciąż rośnie nieprzytomnie, co zresztą kiedyś skończy się fatalnie, gdy któregoś pięknego poranka odkryjemy, że na naszej biednej planecie jest za mało miejsca dla wszystkich".

                Zbliżały się pamiętne dni, które miały wstrząsnąć światem oraz moim skromnym życiem nic nie znaczącego pracownika piękna. Pod koniec sierpnia Anna nagle dostała wezwanie z ministerstwa na wyjazd do Warszawy w jakiejś pilnej sprawie. Cóż, wyjeżdżała już tyle razy na polecenie dyrektora Michonia czy Bóg wie jeszcze tam kogo, więc skoro ma jechać, niech jedzie. Zresztą w mieście zrobiło się niespokojnie, może lepiej, że wróci trochę później, jak sprawy się unormują. W końcu była telefonistką w gmachu Poczty Polskiej przy placu Heweliusza, a napaści na pracowników poczty wcale nie ustały. Przeciwnie: nawet się nasiliły. Trzydziestego pierwszego sierpnia koło siódmej wieczorem, kie- dy jadłem kolację w naszym mieszkaniu na Kwietnej, za- dzwonił telefon. Nie wiem, skąd dzwoniła. Poprosiła mnie, bym jak najszybciej pojechał na pocztę i osobiście przekazał dyrektorowi Michoniowi polecenie od jakiegoś „pana Bec- ka", by zniszczyć jakąś „czerwoną teczkę". Do Gdańska po- jechałem od razu taksówką. Był wieczór. W gmachu poczty paliło się kilka świateł.

                Dozorca Golichowski wpuścił mnie natychmiast. „Panie Weiss, co pan tutaj robi? Pani Anny nie ma. Na mieście niespokojnie, a pan tu przychodzi!". —„Panie Golichowski, niech pan mnie szybko prowadzi do dyrektora Michonia" — rzuciłem płaszcz na krzesło koło portierni i wbiegłem na schody, przeskakując po parę stopni. W pokoju na piętrze, gdzie urzędował dyrektor Michoń, stała skórzana kanapa z rozłożoną świeżą pościelą, co mnie zdziwiło, bo w pomieszczeniu służbowym z surowymi meblami biurowymi, dalekim od nastroju domowej sypialni, ktoś się szykował do spania. Na ścianie nad biurkiem wisiało polskie godło: skrzydlaty ptak z gipsu na tle czerwonej tarczy obwiedzionej złotą la- mówką. Dyrektor Michoń wysłuchał z uwagą tego, co Anna poleciła przekazać od „pana Becka", po czym szybko wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi, jakby obawiał się, że zaraz z poczty ucieknę. Gdy wrócił po paru minutach, na palcach miał czarne strzępki spalonego papieru, które po chwili wytarł chusteczką. „Niech pan tu przenocuje do jutra. — powiedział., nie patrząc na mnie. — Nie ma sensu kręcić się teraz po mieście". Cóż miałem robić? Prawdę mówiąc, sam nie bardzo miałem ochotę wracać do pustego domu na Kwietnej, więc propozycję przyjąłem, bo niby czemu, komisarzu Kluge, miałbym nie przyjąć? Chciałem od razu zadzwonić do Anny, by powiedzieć, że polecenie przekazałem, ale zostanę na poczcie do jutra, bo mi się nie chce wracać na Kwietną po nocy, ale dyrektor Michoń spojrzał na mnie dziwnie, po czym z powagą powiedział, że dzwonić na razie nie ma potrzeby. Może później. „No, trudno — pomyślałem — zdrzemnę się tymczasem, a jutro od razu przed ósmą pojadę tramwajem do Oliwy".

            Położyłem się na kanapie i dość szybko zasnąłem w chłodnej, świeżo upranej i nakrochmalonej pościeli z fioletowymi nadrukami Poczty Polskiej, okrągłymi pieczątkami z ukoronowanym orłem, które wyglądały jak fioletowy tatuaż na skórze polskiego marynarza. Koło północy przez sen usłyszałem, jak ktoś wchodzi do pokoju, wynosi jakieś papiery z szafy, potem szafę starannie zamyka na klucz, coś mówi szeptem do kogoś, drzwi zamknęły się, jasna szpara nad podłogą zgasła, czyjeś kroki ucichły w korytarzu.

 
Stefan Chwin, Dolina radości

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz